Cursed Blood to kooperacyjny roguelite do 4 graczy, w którym zamiast generycznych bohaterów sterujemy małpimi samurajami (m.in. Sukimaru czy Kurotaka). Gra nie bawi się w półśrodki – od samego początku widać, że trzonem zabawy jest agresja wymuszona przez mechanikę. Sprawdziłem początek rozgrywki w zamkniętym playteście, który powinien zostać szeroko udostępniony już na najbliższym Steam Next Fest.

Krew zamiast paska życia
W tej grze krew to dosłownie wszystko: twoje zdrowie, waluta i paliwo do umiejętności. Zapomnij o klasycznych apteczkach. Chcesz się uleczyć? Musisz wykonać efektowny takedown na przeciwniku. To sprawia, że przy niskim poziomie HP nie uciekasz z walki, tylko musisz wbić się w największy tłum, żeby przeżyć. System parowania i dashowania jest kluczowy – jeśli nie wyczujesz rytmu, zginiesz w kilka sekund. Co ciekawe, takedowny dają chwilową niewrażliwość (i-frames), co pozwala przetrwać w chaosie.
Mimo że startujesz z Kataną (którą ulepszasz za zebrane Blood Orbs), gra pozwala na brudną walkę. Możesz wyrwać przeciwnikowi rewolwer lub karabin, wystrzelać magazynek i… po prostu rzucić pustą spluwą w twarz kolejnego wroga, żeby go ogłuszyć. System celowania jest jednak specyficzny i nieco sztywny – miksuje mechanikę parowania z celowaniem, co na początku może irytować i wydawać się toporne. W sumie do samego końca zabawy wkurzało mnie to chyba najbardziej.

Podczas runów trafiasz na obeliski. Dają potężne wzmocnienia (np. podpalanie wrogów przy udanym parowaniu), ale zazwyczaj kosztują cześć twojego zdrowia. Możesz też ryzykować klątwy (np. Storm Fury, czyli losowe wyładowania prądu na mapie) w zamian za potężne bonusy. To czysty hazard, który decyduje o tym, czy run będzie spacerem, czy koszmarem.
Playtest pokazał starcie z bossem – morsem o imieniu Tony. I to nie była definitywnie statyczna gąbka na naboje. Tony szarżuje, kopie (co ma dziwnie duży zasięg) i przywołuje swoje miniony. Walka kończy się dosłownym odcięciem głowy bosa, którą musisz zanieść do kapliczki jako ofiarę.
Mimo dobrego tempa, gra ma swoje problemy:
- Brak pauzy – nawet grając solo, otwarcie ekwipunku nie zatrzymuje gry. Jeśli chcesz sprawdzić statystyki katan w trakcie walki – zginiesz.
- Ruch bywa momentami nieco drewniany, szczególnie przy skakaniu na obiekty,
- Przejrzystość – wolę nie wiedzieć jak to będzie wyglądało przy czterech graczach, ale nawet solo ciężko ogarnąć co się tu dzieje.
Cursed Blood ma solidny fundament mechaniczny i świetny klimat „Monkey Ninja Turtles na sterydach”. Jeśli deweloperzy dopracują sterowanie bronią palną i responsywność menu, może to być jeden z ciekawszych co-opów roku. Na razie to brutalny, surowy i wymagający projekt dla ludzi, którzy lubią ryzyko typu „wszystko albo nic”. Jak zawsze najważniejsza będzie zawartość – twórcy muszą zadbać o powody, które będą wystarczające do ciągłego zaliczania nowych runów.




