Daymare 1994: Sandcastle – recenzja gry

Growe horrory bez wielkiego budżetu to zazwyczaj proste w założeniach produkcje, w których naszą główną bronią jest ucieczka i umiejętność skradania. Potrafią wykreować poczucie grozy i zagrożenia, jednak nietrudno odnieść wrażenia, że wyszło już za dużo podobnych tytułów i coraz ciężej jest zatrzymać gracza przed ekranem i po prostu czymś zaskoczyć. Recenzowany dziś Daymare 1994: Sandcastle poszedł zupełnie inną drogą, bo mamy tu do czynienia z produkcją bardzo mocno inspirowaną trzeciosobowymi grami z serii Resident Evil. I wiecie co? To się naprawdę udało!

[steam item = 1530470]

Nie jest to pierwsze podejście do tego gatunku dla twórców, bo kilka lat temu wydali na świat zdecydowanie mniej udane Daymare 1998. Gra może i była nastrojowa, jednak brakowało jej dynamizmu, dopracowania, wygodnego sterowania. Osobiście nie byłem w stanie jej nawet ukończyć ze względu na błąd blokujący postęp. Jeśli wy również macie złe doświadczenia z 1998 to już teraz zaznaczę, że Sandcastle to pod praktycznie każdym względem wyraźnie lepsza produkcja. Nie jest to oczywiście kolejny Resident Evil, ale w kategorii średniobudżetowych horrorów na pewno się wyróżnia.

Fabularnie jest całkiem przyzwoicie – to prosta historia, której główne założenia mocno przypominają wspomnianą już wcześniej serię od Capcomu, ale nie brakuje tu kilku twistów. Historię poznajemy oczami Reyes, członkini jednostki specjalnej H.A.D.E.S.. Na zlecenie prezydenta USA jesteśmy wysłani na dyskretną misję do jednostki badawczej, w której wraz z zespołem musimy odzyskać specjalną walizkę z niewiadomą zawartością. Sytuacja bardzo szybko się zmienia w walkę o przeżycie, bo już po kilkunastu minutach jestesmy świadkami jak dziwna niebieska materia ożywia leżące martwe ciało, które chce nas zabić.

Brzmi banalnie? I trochę tak jest, ale twórcy nie poszli całkowicie na łatwiznę i pojawia się tu sporo fajnych wątków. Głównym miejscem akcji jest tajemnicza baza wojskowa, która w naszej rzeczywistości bardzo często jest obiektem teorii spiskowych i gra bardzo fajnie do nich nawiązuje. Nie chcę rzucać za dużo spoilerów, więc napomknę tylko, że Sandcastle potrafi czasem zaskoczyć i wybija się z residentowego schematu.  

Nasza bohaterka Reyes jest całkiem charakterna. Tak, to kolejna silna postać kobieca w grach, która ma większe jaja niż większość facetów, ale można ją polubić. Reszta załogi nie zrobiła na mnie większego wrażenie, ale napotkane dalej postacie sprawiły, że śledziłem tę historię z całkiem przyjemnym zaangażowaniem. A warto to podkreślić, bo choć sama reżyseria scenek przerywnikowych jest przyzwoita, tak animacje twarzy pozostawiają sporo do życzenia. 

A jak się gra w Daymare 1994: Sandcastle?

Jak nietrudno się domyślić, i tutaj jest mocno residentowo. Daymare 1994: Sandcastle to przede wszystkim trzecioosobowa dynamiczna strzelanka, w której każdy nabój i apteczka jest na wagę złota. Początkowo do dyspozycji mamy dwie standardowe bronie – strzelbę oraz szybkostrzelny karabin. Bardzo szybko jednak dołącza do nich prawdziwe kluczowy element gry, czyli Frost Grip – plecak z ciekłym azotem, którego ekstrador przypięty jest do ręki naszej bohaterki. Będzie on nie tylko niezbędnym narzędziem zagłady, a także elementem często wykorzystywanym w zagadkach środowiskowych.

Napotkani wrogowie to różne formy zdeformowanych zombiaków, które w większości opisuje jedno słowo: szybkość. Tak, tym razem nie walczymy ze ślamazarnym maszkarami, a z niezwykle szybkimi istotami, które w grupie bardzo łatwo mogą zapędzić gracza w kąt, co w większości przypadków kończy się śmiercią.  Tutaj każda broń ma swoje zadanie – strzelba jest idealna na krótki dystans, karabin na odległość, a Frost Grip? To zaawansowane narzędzie oferuje wiele możliwości. Jeśli uda nam się zachować odpowiednią odległość od przeciwnika to można go najpierw zamrozić, a następnie dobić za pomocą efektownego finishera. Oprócz tego posiada również możliwość wystrzelenia mrożącego pocisku, który znacząco spowolni nadchodzące zagrożenie. 

Pamiętacie niebieską materię, która ożywia poległe ciała? Z pomocą wspomnianego wcześniej pocisku możemy ją zniszczyć zanim dotrze do kolejnych zwłok, co pozwoli nieco zaoszczędzić amunicji. Na swojej drodze spotkamy też specjalne wersje wrogów, których pozbędziemy się dopiero po zamrożeniu.

Do każdej walki trzeba podejść indywidualnie i nie dać się zaskoczyć, zwłaszcza kiedy jednocześnie musimy rozprawić się z kilkoma rodzajami przeciwnikami – jedni są nieco wolniejsi, ale za to potrafią atakować na odległość, drudzy są w stanie zabić nas jednym ciosem jeśli pozwolimy im się zbliżyć. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to brakowało mi tu bossów.

Wraz z rozwojem rozgrywki dostajemy możliwość ulepszania Frost Gripa – jego zasięgu i czasu działania, prędkości ładowania (to jedyna broń, której “amunicja” odnawia się automatycznie), a nawet odblokujemy nowe umiejętności, jak choćby mrożące miny czy lodowy pancerz. 

Gra oferuje trzy poziomy trudności i przy średnim niektóre walki musiałem powtarzać kilkukrotnie. Wam też polecam spróbować na nim, bo w przypadku jakby zrobiło się za ciężko to dostajemy możliwość obniżenia. Dynamiczne starcia i poziom adrenaliny jaki generują to najlepszy element Daymare 1994: Sandcastle, więc przejście na łatwy polecam tylko w ostateczności.

Bardzo spodobały mi się też lokacje, bo są całkiem spore, ciekawie zaprojektowane, mocno zróżnicowane i bardzo klimatyczne. Choć gra jest zdecydowanie liniowa to da się tu zgubić i bardzo brakowało mi mapy. A zwiedzać warto, bo w wielu zakamarkach poukrywana jest amunicja, apteczki, porozrzucane notatki (często z podpowiedziami do zagadek!), a nawet pojedyncze elementy pozwalające poprawić możliwości standardowych broni. 

Większość odwiedzanych miejsc jest bardzo ciemna i nawet po włączeniu latarki trzeba wypatrywać co nas czeka w kolejnym pomieszczeniu. Samo przejście między korytarzami, kiedy w tle nie słychać zupełnie nic oprócz oddechu naszej bohaterki, potrafi powodować gęsią skórkę. Standardowych jumpscare’ów tu nie brakuje, ale zazwyczaj twórcy celują w nieco ambitniejsze straszenie.

Oprawa audiowizualna jest solidna. Bardzo ładnie prezentuje się oświetlenie, a pomieszczenia mają sporo detali. Czasem można trafić na brzydką teksturę, ale grafika to raczej mocniejsza strona tej produkcji. Nieco gorzej jest z animacjami – o słabej mimice już wspomniałem, ale w oczy rzuca się jeszcze dziwaczny bieg naszej postaci. Natomiast widać, że twórcy włożyli bardzo dużo wysiłku w to, aby wspinaczki po drabinach prezentowały się spektakularnie, a krągłości naszej bohaterki za każdym razem były odpowiednio wyeksponowane.

Optymalizacja jest bardzo poprawna i nawet na Steam Decku przez większość czasu Daymare 1994: Sandcastle działało w 60 klatkach na sekundę, oczywiście po mocnej redukcji detali. Pomimo, że gra pracuje na Unreal Engine 4 to niemal nie występuje tu klasyczny problem z licznymi przycinkami.

Jesli chodzi o kwestię audio to w tle nieczęsto przygrywa nam muzyka, jednak dźwięki otoczenia potrafią dodatkowo wzmocnić ciężki klimat. Jest bardzo przyzwoicie, ale nie wyrwało mnie to z kapci. Podobnie wygląda kwestia dobranych głosów, które zagrane są na niezłym poziomie, ale słychać, że nie mamy tu do czynienia z najlepszym aktorstwem. Jako ciekawostkę wspomnę, że będziemy mogli tu usłyszeć Charliego Kraslavsky, który wcześniej wcielił się w rolę Chrisa w pierwszej części Resident Evil z 1996 roku.

Podsumowanie

Daymare 1994: Sandcastle to zaskakująco porządna produkcja, która wciągnęła mnie na ponad 6 godzin i naprawę ciężko było mi się od niej oderwać. Jeśli lubicie trzecioosobowe Residenty to prawdopodobnie i wy będziecie się tu bardzo dobrze bawić. Gra jest bardzo nastrojowa, dynamiczna i potrafi zaskakiwać. Oczywiście nie da się przejść obojętnie obok uproszczeń i trzeba się nastawić na to, że nie każdy element jest tu równie dopracowany co w wysokobudżetowych produkcjach. Jeśli miałbym szczerze odpowiedzieć czy lepiej grało mi się w prześliczne The Callisto Protocol, czy w zdecydowanie mniej efektowne, ale zrobione z sercem Daymare 1994: Sandcastle to wybrałbym chyba drugą opcję. 

Daymare 1994: Sandcastle: Udany ukłon w stronę trzecioosobowych gier z serii Resident Evil, który stara się czerpać z nich to co najlepsze i dodaje sporo od siebie. Ciężki klimat i bardzo dynamiczne walki. Paweł Mikulski

7
von 10
2023-08-30T15:00:00+0200

Daymare 1994: Sandcastle jest dostępne na PC i konsolach Playstation 4/5 oraz Xbox One/Series X|S w polskiej wersji językowej (napisy). Większość tekstów przetłumaczona jest poprawnie, jednak podczas niektórych zagadek, menusów i ekranu zgonu brakuje polskich znaków, przykładowo NIE ŻYJESZ wyświetla się jako NIE YJESZ. Dialogi wyświetlają się normalnie. Grałem w wersję przedpremierową i być może problem nie będzie występował w wersji sklepowej.


Daymare 1994: Sandcastle na Steam Decku

Gra uruchamia się bezproblemowo, jest w pełni czytelna na małym ekranie, ma wsparcie dla pada i zapisów w chmurze. Po ustawieniu najniższych detali i skalowania rozdzielczości na 70% jest w stanie działać w ok. 60FPS w trakcie normalnej rozgrywki, ze spadkami do 30-40FPS podczas cutscenek. Aby zachować równowagę między jakością obrazu i wydajnością to polecam celować w 45Hz na poniższych ustawieniach:

Obraz:

  • Rozdzielczość: 1280×800
  • Tryb obrazu: Pełny ekran
  • Synchronizacja pionowa: Wł.
  • Skala rozdzielczości: 100%
  • Liczba klatek: Zmienna

Grafika:

  • Intel XeSSL: Zbalansowany (nie użwyajcie FSR, to wersja 1.0 – już skalowanie rozdzielczości wygląda lepiej)
  • Wygładzanie krawędzi: Wysoki poziom
  • Przetwarzanie końcowe: Średni poziom
  • Cienie: Niski poziom
  • Tekstury: Wysoki poziom
  • Efekty: Niski poziom
  • Rozmycie ruchu: Wł/Wył.

Rozgrywka jest bardzo stabilna, gra wygląda ładnie, a czas pracy na baterii to zazwyczaj ponad 2 godziny. Nie zalecam wyższych ustawień, bo na tych zużycie GPU sięga 100%.


Paweł Mikulski

Paweł Mikulski

Zapalony gracz i miłośnik technologii. Lubię grać zarówno na PC, jak i konsolach, ale moje największe odkrycie to Steam Deck.

Artykuły: 297