Blizzard zrzucił bombę, której mało kto się spodziewał. Bez wielomiesięcznej kampanii marketingowej i pompowania balonika, Diablo II: Resurrected otrzymało płatne rozszerzenie. Reign of the Warlock wylądowało na serwerach, wprowadzając pierwszą od 25 lat nową klasę postaci, zmiany w mechanice i wyczekiwane usprawnienia ekwipunku. Spędziłem z dodatkiem ostatnie dni, by sprawdzić, czy Czarnoksiężnik faktycznie potrafi tchnąć nowe życie w ten klasyk, czy może mamy do czynienia z drogą nakładką na grę, którą scena moderska robi lepiej i za darmo.

Fioletowy uczony wkracza do Sanktuarium
Najważniejszym elementem układanki jest oczywiście tytułowy Warlock. To nie jest prosta kopia Nekromanty, choć na pierwszy rzut oka skojarzenia nasuwają się same. Blizzard poszedł w stronę mechanik znanych raczej z nowoczesnych hack’n’slashy. Postać dysponuje trzema drzewkami umiejętności: Demon, Wynaturzenie i Chaos. Najciekawiej wypada zabawa w wiązanie demonów. Zamiast bezmózgich szkieletów, możemy przejąć kontrolę nad konkretnymi potworami napotkanymi w grze – od Kozłoludów po Plugawicieli – wykorzystując ich unikalne aury i statystyki.
Rozgrywka tą klasą jest odświeżająca. Drzewko Wynaturzenia pozwala na lewitowanie oręża, dzięki czemu Czarnoksiężnik jako jedyna postać w grze może dzierżyć broń dwuręczną w jednej ręce, trzymając w drugiej grymuar lub tarczę. To otwiera drogę do buildów, które wcześniej były niemożliwe. Wizualnie postać nieco odstaje od surowego, brudnego klimatu „dwójki” – fioletowe efekty czarów i nieco bardziej „arystokratyczny” styl bycia mogą drażnić purystów przyzwyczajonych do prostoty Barbarzyńcy, ale mechanicznie wszystko się spina.

Płatne ułatwienia, które powinny być darmowe
Tutaj wchodzimy na grząski grunt. Reign of the Warlock wprowadza zmiany, o które społeczność błagała od premiery remastera. Mowa o grupowaniu run i klejnotów oraz dedykowanych zakładkach w skrytce na materiały. Koniec z tworzeniem dziesięciu postaci tylko po to, by trzymać na nich kamienie. Do tego dochodzi wbudowany, konfigurowalny filtr łupów (loot filter), pozwalający ukryć śmieci zaśmiecające ekran.
Problem w tym, że te funkcje zostały zamknięte za paywallem. O ile nowa klasa i system Kroniki (mechanika dla kolekcjonerów śledząca zdobyte unikaty i słowa runiczne w stylu „Holy Grail”) uzasadniają wydatek, tak podstawowe QoL powinno trafić do wszystkich w ramach darmowej aktualizacji. Decyzja o powiązaniu porządku w ekwipunku z zakupem DLC to zagranie poniżej pasa, typowe niestety dla dzisiejszego korporacyjnego podejścia.

Co poza klasą? Endgame i cena
Poza nową postacią i porządkami w skrzyni, Blizzard dorzucił garść nowości do endgame’u. Zmodyfikowano działanie Obszarów Grozy (Terror Zones) – teraz rotują co 30 minut i są dostępne wcześniej, co zmniejsza konieczność farmienia w kółko tych samych bossów. Pojawiło się też nowe wyzwanie: Kolosalni Starożytni. Aby się z nimi zmierzyć, trzeba zebrać pięć posążków z bossów stref grozy. To miły dodatek, ale nie oszukujmy się – to nie jest Akt VI, ani system map znany z moda Project Diablo 2.
Cena ustalona na poziomie około 25 dolarów (w Polsce trzeba liczyć się z wydatkiem rzędu 100 zł) jest wysoka. Dostajemy jedną postać i funkcje systemowe. Brakuje tu nowej krainy czy rozbudowania fabuły na miarę Lord of Destruction. Jeśli nie planujesz grać Warlockiem, wartość tego pakietu drastycznie spada, chyba że twoja frustracja bałaganem w skrytce sięgnęła zenitu.

Warto odnotować, że przy okazji premiery dodatku, Diablo II: Resurrected trafiło wreszcie na Steam. To świetna wiadomość dla posiadaczy handheldów. Sprawdziłem grę na Steam Decku i Lenovo Legion GO S – instalacja jest teraz bezbolesna, bez konieczności walki z launcherem Battle.net i kombinowania w trybie pulpitu. Gra działa płynnie, a obsługa kontrolerem jak zawsze sprawdza się w tej grze wspaniale. Posiadacze obecnych i przyszłych urządzeń ze SteamOS na pewno się ucieszą.
Wcześniej Diablo II: Resurrected ogrywałem na Nintendo Switch i odpalenie go na wspomnianych wyżej sprzętach to przepaść absolutna – dużo ładniejsza i ostrzejsza oprawa graficzna, nieporównywalnie lepsza płynność – aż chciało mi się w to znowu grać. Szkoda, że Blizzard przy okazji dodatku nie wydał natywnej wersji na Nintendo Switch 2 i tytuł ciągle działa na tej konsoli we wstecznej kompatybilności – to totalnie zmarnowana okazja.
Mój werdykt? To solidny powrót do gry, jeśli masz ochotę na nostalgiczną podróż z nowymi zabawkami. Czarnoksiężnik to udana klasa, a stackowanie run to zbawienie. Jednak niesmak związany z monetyzacją podstawowych funkcji i brakiem nowej zawartości fabularnej pozostaje. Dodatkowi Reign of the Warlock odmówić jednak nie można, że zachęca do powrotu do tej kultowej produkcji.




