Spędziłem w Nevendaar ponad 30 godzin. To wystarczająco dużo czasu, by stwierdzić, że Artefacts Studio dostarczyło produkt solidny, który jednak boi się własnego cienia. Disciples: Domination to gra zaprojektowana bezpiecznie – odhacza kolejne punkty z listy „dobrej strategii”, ale zapomina o charakterze. Zamiast hitu, który zatrzęsie rynkiem, dostaliśmy rzemieślniczą robotę, o której zapomnicie chwilkę po napisach końcowych.
Oczekiwania po Disciples: Liberation były jasne: poprawić błędy, pogłębić taktykę i nadać historii większy ciężar gatunkowy. Disciples: Domination realizuje ten plan tylko połowicznie. To bezpośrednia kontynuacja, która mechanicznie stoi w rozkroku między RPG a turówką, próbując zadowolić wszystkich. Efekt jest taki, że fani poprzedniej części poczują się jak w domu, ale mogą szybko zderzyć się ze ścianą powtarzalności. Nie ma tu katastrofy, ale nie ma też rewolucji. Jest za to dużo niewykorzystanego potencjału.

Fabuła bez pazura i matematyka zamiast moralności
Scenariusz ponownie stawia na Avyannę, która jako wyzwolicielka musi lawirować między potęgami Nevendaar. Konflikt Legionów Potępionych z Imperium stanowi tło dla naszych działań, ale narracja cierpi na brak tempa. Historia rozwija się leniwie, a dialogi są boleśnie funkcjonalne. Postacie rzadko budują relacje, częściej służą jako ekspozycja dla kolejnych zadań. Avyanna w tej odsłonie straciła gdzieś swoją drapieżność, stając się typowym liderem, który musi „zjednoczyć wszystkich przeciwko złu”. Brakuje tu zwrotów akcji, które faktycznie zmieniłyby układ sił na mapie.
Największym rozczarowaniem fabularnym jest system „Grievances”. Mechanika audiencji w sali tronowej, która miała symulować trudy rządzenia, w praktyce sprowadza się do prostej kalkulacji zysków i strat. Decyzje nie ważą na sumieniu, a jedynie na słupkach poparcia frakcji. Wybierasz opcję dialogową nie dlatego, że zgadzasz się z argumentami rycerza Imperium, ale dlatego, że potrzebujesz dostępu do jego jednostek. To spłyca warstwę role-playing do poziomu zarządzania zasobami w Excelu.

Eksploracja mapy w czasie rzeczywistym to wciąż kontrowersyjny element dla weteranów gatunku, ale w Domination problemem nie jest sam ruch, a ekonomia. Gra zalewa nas masą przedmiotów i surowców. Drewno, żelazo, mana – wszystkiego jest za dużo. Przez to znika poczucie walki o przetrwanie. Zamiast zarządzać deficytem, zarządzamy nadmiarem, co prowadzi do bałaganu w ekwipunku. Interfejs użytkownika (UI) wymaga natychmiastowej poprawki. Sortowanie setek kryształów wzmacniających statystyki to żmudna praca, która skutecznie wybija z rytmu rozgrywki.
Solidny fundament, słaba egzekucja
System walki to najmocniejszy punkt Disciples: Domination, choć i tutaj twórcy nie ustrzegli się błędów. Podział na punkty akcji (ruch, atak, uniwersalne) sprawdza się świetnie, wymuszając planowanie na kilka ruchów do przodu. Powraca też mechanika Backline – jednostki wsparcia, które nie biorą bezpośredniego udziału w walce, ale zapewniają potężne pasywne bonusy. Ustawienie Lisza czy Uzdrowicielki na tyłach potrafi zmienić przebieg starcia i daje pole do popisu przy budowaniu armii.

Niestety, im dalej w las, tym bardziej widać problemy z balansem. Mniej więcej w połowie kampanii poziom trudności przestaje rosnąć w sposób inteligentny. Przeciwnicy nie stają się sprytniejsi, po prostu dostają absurdalne ilości punktów życia (tzw. HP sponges). Walki z Nieumarłymi czy Kultystami zaczynają się dłużyć nie dlatego, że stanowią wyzwanie taktyczne, ale dlatego, że trzeba przebić się przez tysiące punktów zdrowia.
Sztuczna inteligencja również nie pomaga. Komputer rzadko korzysta z flankowania czy zaawansowanych kombinacji czarów. Wrogie jednostki mają tendencję do nacierania w linii prostej, co czyni je łatwym celem dla magów obszarowych. Mój Infernal Knight z włączoną prowokacją (Taunt) był w stanie zatrzymać połowę wrogiej armii, podczas gdy reszta drużyny bezkarnie atakowała z dystansu. Taki schemat działa na 90% potyczek w grze, co po dwudziestej godzinie staje się nużące.

Oprawa i technologia
Wizualnie Disciples: Domination to sinusoida. Projekty aren bitewnych i modele jednostek stoją na wysokim poziomie. Transformacje demonów czy efekty czarów ognia wyglądają soczyście i nowocześnie. Artefacts Studio potrafi stworzyć klimat, gdy skupia się na otoczeniu. Gorzej wypadają elementy narracyjne – twarze postaci w trakcie rozmów są statyczne i mało szczegółowe, co kontrastuje z resztą oprawy. Muzyka jest poprawna, spełnia swoje zadanie w tle, ale brakuje jej wyrazistych motywów, które zapadłyby w pamięć.
Technicznie gra działa stabilnie, co w dniu premiery nie jest wcale standardem. Czasy ładowania na dysku SSD są błyskawiczne, a optymalizacja silnika pozwala na płynną zabawę nawet na starszych konfiguracjach – bezproblemowo wiele godzin rozegrałem na Steam Decku.

Tylko i aż średniak
Tak więc Disciples: Domination to tytuł, który bardzo stara się być poprawny. I to mu się udaje – jest poprawną strategią z elementami RPG. Brakuje tu jednak ryzyka, artystycznej wizji i głębi, która zatrzymałaby przy ekranie na dłużej niż jedno przejście kampanii. Jestem pewny, ze wielu wymęczy jeszcze przed ukończeniem gry choćby jeden raz. Dla fanów Liberation to pozycja obowiązkowa. Dla reszty – średniak do kupienia na pierwszej większej wyprzedaży.




