Jeśli planowaliście spokojny wieczór z lekką dawką survival horroru, to… musicie jeszcze raz przemyśleć swoje plany. Techland właśnie zaprezentował nowy zwiastun Dying Light: The Beast, zatytułowany „Blood & Guts” – i trudno o bardziej trafny tytuł. To nie jest gra dla ludzi o słabych nerwach, ale manifest: „Chcieliście brutalności? To macie. I to z nawiązką”.
Krew, pot i kończyny – czyli walka bez filtra
Od samego początku seria Dying Light flirtowała z brutalnością, łącząc parkourowy flow z zombie-apokalipsą i surowym klimatem przetrwania. The Beast nie tyle kontynuuje ten trend, co wrzuca go do blendera, podkręca moc i rozlewa na ekran. Tymon Smektała, dyrektor kreatywny marki, nie owija w bawełnę: „Chcemy, by gracz kierował się czystym instynktem – walką o przetrwanie i głodem zemsty”. A skoro zemsta, to najlepiej taka z wyrwanym kręgosłupem i dekapitacją w slow-mo.
Sceny prezentowane w zwiastunie nie pozostawiają złudzeń – to będzie najbrutalniejszy Dying Light w historii. Nie tylko pod względem tego, co widzimy, ale jak to widzimy. Miażdżące ciosy, pchnięcia przebijające przeciwników na wylot, płonące twarze… Jeśli horror ma działać na psychikę, to tutaj działa także na żołądek.

Silnik, który nie zna litości
Skąd ten przeskok w intensywności? W dużej mierze z nowej technologii. Techland przebudował swój system obrażeń, zwiększając liczbę tzw. „Gore-Nodes” – czyli miejsc na ciele przeciwnika, które mogą zostać uszkodzone – a także dopracowując precyzję ataków. Trajektoria ciosu nie jest już tylko ozdobą – teraz decyduje o tym, czy zombie straci nogę, rękę, czy może głowę. I to nie jedną.
Jak tłumaczy Game Director Nathan Lemaire, każda walka ma być fizycznie odczuwalna: brutalna, intensywna i nieprzewidywalna. Wrogowie reagują realistycznie, a gracz może puścić wodze fantazji – liczba dostępnych finisherów została niemal potrojona względem poprzedniej części. Innymi słowy: tu się nie walczy – tu się rozrywa na strzępy.

Brutalność w The Beast to jednak nie tylko cyfrowa rzeźnia dla efektu. To świadomy wybór estetyczny i narracyjny. Jak przekonują twórcy, chodzi o pełniejsze zakorzenienie gry w nurcie horroru psychologicznego. „Czym innym jest widzieć pasek życia, a czym innym patrzeć, jak skóra schodzi z ciała przeciwnika” – mówi Smektała. I trudno się z nim nie zgodzić.
Zespół artystyczny wziął to sobie mocno do serca – i do przeglądarki. Dominik Wasieńko, główny artysta postaci, wspomina intensywny research związany z realistycznym odwzorowaniem ran i obrażeń. „Mam tylko nadzieję, że nikt nie sprawdzi historii mojej przeglądarki” – żartuje. Ale efekt końcowy widać gołym okiem: krew wygląda jak krew, rany jak rany, a gra jak dokument z planu filmu gore klasy Z… tylko z budżetem triple-A.
Premiera za pasem
Do premiery zostało zaledwie kilka tygodni – Dying Light: The Beast zadebiutuje 19 września 2025 roku na PC, PlayStation 5 (i Pro), oraz Xbox Series X|S. Techland wciąż dopieszcza każdy szczegół, ale już teraz widać, że nie zamierza się hamować.




