Przyznajcie, że jednoczesne użycie słów „iRacing” i „Arcade” brzmi dziwnie. Ciężko wyobrazić sobie połączenie jednego z najbardziej wymagających symulatorów wyścigowych ze stylistyką bliższą Mario Kart i dużo większym nastawieniem na czystą zabawę. Tak, małe samochody, kamera wysoko nad autem i bardzo szybkie zawody przypominają raczej Circuit Superstars niż jakąkolwiek odsłonę iRacing.
To nie iRacing, które znacie – tu rządzi czysty arcade
Sam model jazdy mówi o tym najwięcej. Samochody mają ogromną przyczepność i trudno doprowadzić je do poważniejszego poślizgu. Spóźnione hamowanie? Najczęściej kończy się szerokim wyjściem z zakrętu i powrotem na właściwą linię. Auto da się uratować niemal w każdej sytuacji. Nie ma tu walki z przyczepnością ani momentów, w których samochód nagle wymyka się spod kontroli, dzięki czemu jeździ się po prostu łatwo i przyjemnie.

Zmagania nie wymagają żadnych przygotowań i nie ma potrzeby zapamiętywania torów. Wyścigi są krótkie, zwykle na kilka okrążeń, a sama zabawa została nastawiona na szybkie zmagania. Dłuższe posiedzenia okazywały się w moim przypadku nieco za monotonne.
Bieda w garażu i brak symulacyjnej głębi
Ciężko się zresztą dziwić, bo skala gry nie zachwyca. Lista samochodów zamyka się na ośmiu pojazdach, z czego tylko dwa są prawdziwe – Porsche 911 GT3 Cup i Fiat 500 Abarth. Reszta to pozbawione licencji konstrukcje stylizowane na różne klasy wyścigowe. Przy produkcji podpisanej nazwą iRacing wygląda to absurdalnie, przyznajcie sami. Skoro twórcy postawili w dużym stopniu na nieoficjalne pojazdy, to nic nie uzasadnia świecenia pustką w garażu i ośmioma autami na krzyż. Tytułowe „arcade” mogło być tu podstawą do jakiegoś większego szaleństwa, ale ostatecznie potencjału – lekko mówiąc – nie wykorzystano.

Samochody różnią się głównie szybkością i trochę przyczepnością. Nie ma tu żadnej symulacyjnej głębi – ustawień zawieszenia, temperatur opon czy zabawy z balansem hamulców. Każdy pojazd zachowuje się zgodnie z charakterem całej gry: prosto, przewidywalnie i bardzo arcade’owo. Zresztą proporcje torów i aut tylko to podkreślają. Samochody wyglądają na niewielkie w stosunku do otoczenia, a kamera zawieszona dość wysoko nad trasą podkręca to wrażenie.
Przeciwnicy sterowani przez komputer potrafią zaskoczyć i to nie zawsze pozytywnie. Raz jadą bardzo spokojnie i zostawiają dużo miejsca w zakrętach, by w kolejnym wyścigu trzymać linię znacznie agresywniej i bronić pozycji do ostatniego momentu. Gra daje do wyboru kilka poziomów trudności AI, więc każdy znajdzie coś dla siebie, ale brak balansu widać błyskawicznie.
System kariery zawstydza większe gry
Najciekawszym elementem iRacing Arcade okazuje się kariera. Zamiast pojedynczej listy wyścigów dostajemy kalendarz wydarzeń przypominający sezon, a starty w różnych seriach przynoszą pieniądze, które można inwestować w rozwój zaplecza zespołu. Garaż, warsztat czy dział badań wpływają na nagrody i tempo progresji. W pewnym momencie pojawia się też możliwość zatrudniania kierowców i wysyłania ich na część wyścigów. To drobna rzecz, ale nadaje karierze trochę struktury.

Podkreślę, że całość działa zaskakująco sprawnie i chętnie zobaczyłbym podobne rozwiązania w innych samochodówkach. Te drobne dodatki sprawiają, że początkowo czuć tu ciągły postęp, a każdy wyścig prowadzi do następnego wydarzenia w kalendarzu.
Potem niestety zaczyna się powtarzalność. Ograniczona liczba samochodów daje o sobie znać bardzo szybko, a wydarzenia coraz częściej wyglądają podobnie. Ukończenie całości wymaga około 5 do 7 godzin zabawy, więc ciężko się tu znudzić, ale ponownie widać nieco niewykorzystany potencjał.
Największa ironia? Ta mała zręcznościówka dowozi system kariery, kalendarz sezonów i rozwój zespołu – czyli dokładnie to, co wyleciało z hukiem z Assetto Corsa EVO. Podczas gdy giganci simracingu tną projekty i kastrują swoje gry z ekonomii, tutaj dostajemy gotowy, działający mechanizm progresji. To aż nieprzyzwoite, że gra o miniaturowych samochodzikach wygrywa na tym polu z produkcją za miliony dolarów.

Optymalizacyjny poślizg i puste lobby
Z trybem sieciowym sprawa wygląda znacznie prościej – i niestety gorzej. Nie ma publicznych lobby, nie ma wyszukiwarki wyścigów, a multiplayer działa tylko przez zaproszenia. Jeśli znajomi nie grają w tym samym czasie, lista wyścigów pozostaje pusta. Przy grze z krótkimi, kilkuokrążeniowymi zawodami aż prosiło się o błyskawiczną wyszukiwarkę, gdzie można bez żadnych zobowiązań i przygotowań wskoczyć na pojedynczy wyścig.
Zaskakuje też liczba kamer, a właściwie dostępność tylko jednej perspektywy umieszczonej wysoko nad samochodem. Nie rozumiem, dlaczego nie dano nam nawet wyboru opcji widoku ze zderzaka czy bardziej klasycznego, niższego ujęcia zza auta. Przy zręcznościowym charakterze gry aż prosiło się o kilka alternatyw, choćby dla samej różnorodności.
Na koniec jeszcze kilka zdań o technikaliach. Oprawa graficzna iRacing Arcade jest prosta, ale spójna z charakterem gry. Jest po prostu ładna, ciepła i kolorowa, ale przy tym w pełni czytelna. Największy problem to kwestia wygładzania krawędzi, które nie działa (to prawdopodobnie zapomniane FXAA lub SMAA). W statycznym obrazie wygląda to jeszcze w porządku, natomiast w ruchu widać poszarpane krawędzie i lekkie migotanie detali – szczególnie na elementach toru i barierach. Nie jest to coś, co całkowicie psuje odbiór grafiki, ale przy szybkim tempie wyścigów potrafi rzucać się w oczy, zwłaszcza w niższej rozdzielczości.

Ponownie uderzę tu do zręcznościowego charakteru produkcji i nie wykorzystania tego faktu – wizualnej stronie brakuje różnorodności, pomysłowości i dozy szaleństwa. Większość tras utrzymana jest w identycznej stylistyce i palecie barw, przez co po prostu się zlewają w jedną zamiast się wyróżniać.
Dość dziwna jest też wydajność. Na RTX 4080 w rozdzielczości 4K gra nie utrzymuje stabilnych 120 klatek na sekundę przy maksymalnych ustawieniach i zjada mnóstwo dostępnego VRAM-u. Przy tak prostej grafice można było spodziewać się znacznie większego zapasu mocy, co będzie miało odbicie na mniej wydajnych komputerach.
Co więcej, losowo i incydentalnie zdarzały mi się sporadyczne skoki animacji, jakby gra na moment przeskakiwała o kilka klatek do przodu. Dziwny i niespotykany w innych produkcjach problem, który choć nie zdarzał się często, potrafił wybić z rytmu podczas wyścigów.
Uwaga: Pierwsza łatka naprawiła wspomniane przeskoki animacji,
wydajność jednak ciągle pozostawia trochę do życzenia.

iRacing tylko z nazwy
Mimo wszystko, iRacing Arcade to produkt z tej samej kategorii co recenzowany ostatnio Carmageddon Rogue Shift – wielki, legendarny szyld na okładce przyklejony do gry, która z DNA marki nie ma absolutnie nic wspólnego. Różnica polega na tym, że tutaj nikt nawet nie próbuje udawać symulatora, a system kariery dowozi więcej mięsa niż niektóre produkcje AAA. Jeśli szukać porównania, najbliżej jej do Circuit Superstars (ci sami twórcy), tylko niestety w wersji z wyciętą połową zawartości i widokiem TPP.
Na szczęście bazowa cena (114,99 zł) nie jest tak absurdalna jak w przypadku wspomnianego Carmageddona, więc o ile nie jest to zakup na premierę, tak iRacing Arcade to idealny kandydat, by wylądować na liście życzeń i czekać na pierwszą solidną promocję.




