MIO: Memories in Orbit – Recenzja. Fizyka, pęd i melancholia
MIO: Memories in Orbit to nie jest kolejna metroidvania o otwieraniu kolorowych drzwi. Tutaj sercem gry nie jest tylko klimat, ale rygorystycznie zaprojektowana fizyka ruchu i pędu. Tu każda nowa zdolność realnie zmienia sposób, w jaki poruszasz się po świecie i jak go interpretujesz. A wszystko to ubrane w niezwykle melancholijną, całkiem smutną i czasem nawet pełną nadziei historię.

Wizja eksploracji gigantycznego statku-ruiny jako samotny robot z tajemniczą przeszłością brzmiała świetnie. Po kilkudziesięciu godzinach z tą produkcją wiem jedno: to nie jest kolejna „ładna metroidvania”. To tytuł, który próbuje opowiedzieć coś więcej, nawet jeśli miejscami nie trzyma się kurczowo standardowych zasad gatunku.
Od pierwszej chwili, gdy MIO budzi się na pokładzie statku-arki znanego jako The Vessel, czuć, że ten świat ma swoją historię. Nie dostajemy tekstowego wykładu, epickich scenek przerywnikowych czy narracji opartej o rozbudowane dialogi. Prezentacja świata jest bardzo cicha, delikatna, niejasna i tajemnicza. Stopniowo wchodzimy w wir wydarzeń, gdzie odwiedzamy miejsca pełne ciszy, zarośli i wyłączonych maszyn, które gdzieniegdzie jeszcze błyskają ostatnimi żywymi iskrami.
To przestrzeń, która wpycha nos w swoje sekrety i niezbyt chętnie je zdradza.
Już sam koncept jest ładnie przemyślany: opiekunowie sztucznej inteligencji zwani Perłowymi zniknęli bez śladu, statek depcze czasowi i zbliża się do bezpowrotnego wyłączenia. MIO, choć mechaniczny, jest kimś więcej niż kolejnym robotem-maszyną. Jego relacje z innymi maszynami, które uda nam się naprawić, niosą cień emocji i nostalgii.
To ogromna zaleta, bo naprawdę rzadko trafia się tytuł, który w tak subtelny sposób opowiada o pamięci i tożsamości. Ta melancholia świata nie jest jednak tylko tłem – ona znajduje swoje przedłużenie w ciężarze i bezwładności samej rozgrywki.

Fizyka ruchu jako fundament – pęd zamiast prostych skoków
Statek, który eksplorujemy, to jeden wielki, powiązany system naczyń połączonych. Lokacje nie są od siebie odseparowanymi „biomami” z teleportami co pięć minut, tylko gęstą siecią skrótów, pionowych szybów, ramp, śliskich korytarzy i ciasnych przejść, które z czasem zaczynasz czytać jak mapę ruchu, a nie tylko przestrzeni. Bardzo szybko uczysz się, że nie wystarczy wiedzieć „gdzie iść” – trzeba jeszcze wiedzieć „jak się tam rozpędzić”.
Kluczową rolę odgrywa tu pęd. Postać MIO nie zatrzymuje się w miejscu jak figurka szachowa. Rozpędza się, ślizga, odbija, traci prędkość na niewłaściwych powierzchniach i zyskuje ją na rampach. W praktyce oznacza to, że wiele przejść nie polega na prostym skoku z A do B, tylko na całej sekwencji ruchów: rozbieg, odpowiedni kąt wybicia, utrzymanie trajektorii i wykorzystanie kolejnej umiejętności dokładnie w tym jednym, właściwym momencie.
Gra często projektuje przestrzeń tak, że te elementy łączą się w jeden „taneczny” ciąg – spudłujesz jedno ogniwo i cały układ się sypie.

Bardzo wyraźnie widać to w wyzwaniach opcjonalnych, które pełnią rolę odpowiednika prób zręcznościowych znanych z takich gier jak Celeste czy Path of Pain z Hollow Knighta. Tyle że tutaj nie chodzi wyłącznie o timing skoku, ale o zarządzanie prędkością. Są fragmenty, w których za wolne lądowanie oznacza, że nie zdążysz doskoczyć do kolejnej ściany, a zbyt agresywny skok sprawi, że przelecisz punkt zaczepienia i wpadniesz w przepaść.
Do tego dochodzi mechanika ataku w powietrzu jako elementu mobilności. Uderzenie przeciwnika nie jest tylko zadawaniem obrażeń, ale narzędziem kontroli pozycji. Udany atak pozwala nam na dodatkowy skok, który można łączyć z hakiem, szybowaniem czy wspinaczką. W praktyce oznacza to, że walka i elementy platformowe są ze sobą splecione.
Oczywiście jak to w metroidvanii bywa, zaczynami bez większych możliwości. Na start posiadamy jedynie broń białą i podwójny skok (co jest dość niespotykane), jednak każde kolejne ulepszenie znacząco zwiększa nasze możliwości, co MIO: Memories in Orbit chętnie wykorzystuje poprzez ciągłe rozbudowywanie swojego świata i stawianie nam coraz większego wyzwania.
Świetnie zaprojektowany świat, ale irytujący backtracking
Projekt mapy wyraźnie zakłada, że wrócisz w stare rejony z nowym zestawem umiejętności i zobaczysz je zupełnie inaczej. Wcześniej niedostępny szyb wentylacyjny nagle okazuje się skrótem, bo możesz wspinać się po ścianach jak pająk. Wysoki szyb, który kiedyś wymagał mozolnych prób, po chwili pokonasz błyskawicznie z pomocą haka. Co ważne, te powroty nie są czysto „mechaniczne”. Gra często nagradza je nie tylko przedmiotem, ale nowym fragmentem historii – zapisem pamięci, dialogiem z naprawionym robotem albo wizualnym detalem sugerującym, jak dana część statku funkcjonowała przed katastrofą. Eksploracja jest naprawdę ciekawa, świat zakręcony i pełen sekretów, co odrywa kluczową rolę w gatunku.
Backtracking jest intensywny i niestety często niespecjalnie sensowny. Statek jest zaprojektowany jak logiczny organizm: skróty otwierają się warstwami, windy i tunele łączą pozornie odległe strefy, a pionowość mapy sprawia, że często patrzysz w dół na miejsca, które odwiedziłeś godzinę wcześniej, tylko z zupełnie innej perspektywy. Niestety ginie się tu często, a powtarzanie tych samych korytarzy szybko męczy. Nawet po odblokowaniu skrótu nadal trzeba przebiec dwie minuty, czekać kilka sekund na windę, stoczyć pomniejsze walki, a po śmierci powtarzać całość po raz kolejny. Moim zdaniem to niepotrzebne wydłużanie rozgrywki, które zrealizowano wyraźnie gorzej niż w produkcjach od From Software, gdzie skróty rzeczywiście mocno ograniczały marnowanie czasu.
W MIO: Memories in Orbit brakuje dodatkowo pełnej czytelności mapy – niektóre przejścia giną w gąszczu detali, a oznaczenia sekretów są dość oszczędne, co przy skomplikowanej topologii statku potrafi frustrować.

System komponentów: Metroidvania z buildami a la NieR
System rozwoju postaci również ma wyraźny metroidvaniowy charakter, ale z twistem. Zamiast prostego drzewka zdolności dostajemy komponenty i modyfikatory, które realnie zmieniają zachowanie umiejętności. Hak może służyć do agresywnego przyciągania się do wroga albo do błyskawicznego uniku. Możemy zainwestować w większe szanse na przeżycie poprzez aktywowanie dodatkowej tarczy, co w danym momencie np. nie pozwoli użyć silniejszego ataku.
Problem w tym, że liczba slotów jest ograniczona, więc każda konfiguracja jest kompromisem. Mechanika przypomina nieco Nier Automata i daje ogromną dowolność, dzięki czemu bezproblemowo możemy dostosować postać do aktualnej sytuacji. MIO: Memories in Orbit zmusza do myślenia w kategoriach „buildów”, co w metroidvanii jest rzadkością i sprawia, że przed trudniejszymi fragmentami faktycznie analizujesz, jak chcesz rozwiązać dany problem, a nie tylko czy masz już odpowiednią ikonkę w ekwipunku.
W efekcie MIO: Memories in Orbit jest metroidvanią, która stawia na fizyczność ruchu i ciągłość akcji. Nie prowadzi za rękę, nie upraszcza skoków, nie wybacza błędów. Nagradza za to zrozumienie własnej bezwładności, umiejętność łączenia mechanik i czytanie przestrzeni jak partytury, a nie jak planszy. I właśnie w tym tkwi jej siła – oraz powód, dla którego potrafi być jednocześnie fascynująca i potwornie męcząca.

Jest prześliczna i działa nawet na handheldach
Styl artystyczny MIO to jedna z najmocniejszych stron tej produkcji. Ręcznie malowane tła, w których natura agresywnie wgryza się w technologię, budują rzadko spotykany klimat „smutnego piękna”. To nie jest generyczny statek kosmiczny; każdy obszar ma własną paletę barw i unikalny charakter, który zapada w pamięć skuteczniej niż wysokobudżetowe produkcje 3D. Muzyka idealnie domyka tę wizję. Dynamiczne połączenie lo-fi z chóralnymi partiami trafia w punkt – podkreśla samotność robota, ale dodaje mu determinacji.
Warto też wspomnieć, że tytuł działa na autorskim silniku graficznym i jest przy tym nieźle zoptymalizowany. Steam Deck OLED miewał minimalne problemy z utrzymaniem 60 FPS w najbardziej wymagających scenach, ale już MSI Claw 8AI+ pozwolił na stabilne 120 FPS w rozdzielczości 1280x800p, co było dla mnie zdecydowanie ważniejsze niż nieco ostrzejszy obraz w natywnym 1200p i o połowie mniejszej płynności.

Ciekawa, choć nie dla każdego
Biorąc pod uwagę rozgrywkę jako całość, MIO: Memories in Orbit imponuje świetnie zaprojektowaną fizyką ruchu i umiejętnościami, które realnie zmieniają sposób poruszania się po świecie. Pęd, walka w powietrzu i precyzyjne sekwencje platformowe dają ogromną satysfakcję, gdy w końcu „zaskoczą”. Jednocześnie gra wyraźnie traci na przesadzonym backtrackingu – długie dobieganie, windy i powtarzanie tych samych tras po kolejnych zgonach potrafią skutecznie zabić tempo. To metroidvania ambitna i mechanicznie bardzo mocna, ale nierówna w rytmie: potrafi zachwycić, gdy pozwala grać, i zmęczyć, gdy każe po raz kolejny przebiegać te same korytarze.




