Recenzja Code Vein 2 – nierówność wpisana w DNA

Code Vein 2 to ambitny soulslike z otwartym światem, świetną walką i wyraźnymi problemami technicznymi. Sprawdź naszą recenzję.

Gdybym miał opisać Code Vein 2 jednym słowem, byłoby to: „nierówność”. To gra-paradoks. Z jednej strony mamy tu produkcję, która próbuje zachęcić nas logiem Unreal Engine 5, otwartym światem i ceną potrafiącą zmrozić krew w żyłach skuteczniej niż jakikolwiek boss. Z drugiej – wyraźnie czuć ducha niskobudżetowej „japońszczyzny”, tytułu robionego przez pasjonatów z wielkimi ambicjami, ale budżetem pozwalającym tylko na połowę assetów.

To „indyk w cenie AAAA”. I to boli. Ale wiecie co? Mimo że przez pierwsze pięć godzin nie do końca rozumiałem, po co w ogóle ta gra powstała, finalnie nie mogłem się od niej oderwać. To toksyczna relacja. Gra jest technicznie niedogotowana, designersko przestarzała, a mimo to ma w sobie ten nieuchwytny magnetyzm, który sprawia, że o 2:00 w nocy mówisz sobie: „jeszcze jedna misja”.

Trudne początki i syndrom sztokholmski

Pierwsze Code Vein było dla mnie solidną produkcją głównie dla ludzi, którzy odbili się od Dark Souls, ale kochają anime. Korytarzowe, momentami brzydkie, ale z genialnym systemem klas. „Dwójka” miała być ewolucją. Bandai Namco obiecywało złote góry: otwarty świat, podróże w czasie, nową jakość graficzną.

I co dostaliśmy?

Produkt, który sprawia wrażenie, jakby ktoś próbował zbudować Elden Ring, mając do dyspozycji budżet na catering studia FromSoftware. Oczekiwania zderzają się z murem rzeczywistości już w pierwszej godzinie. Zamiast tajemniczego, gęstego klimatu lądujemy na rozległej, pustej polanie, gdzie cienie doczytują się dwa metry przed postacią.

Ale potem, gdzieś w okolicach trzeciego bossa, coś kliknęło. Przestałem analizować nijakość wizualną świata i przesadną powtarzalność tego, co widzimy na ekranie, a zacząłem chłonąć ten specyficzny, kiczowaty, gotycki klimat. I wsiąkłem.

Anime melodrama w najlepszym wydaniu

Zacznijmy od tego, co w tej grze paradoksalnie działa najlepiej, choć na papierze raczej nie powinno. Fabuła jest całkiem solidna.

Nie jest to bezpośrednia kontynuacja „jedynki”, a raczej nowe rozdanie w tym samym post-apo uniwersum, gdzie ludzkość wyginęła, a światem rządzą Revenanci – wampiry uzależnione od krwi, walczące o zachowanie resztek człowieczeństwa. Tym razem głównym motywem są podróże w czasie. Cofamy się o sto lat, by zapobiec katastrofie, która ukształtowała obecny, zrujnowany świat.

Brzmi sztampowo? Oczywiście. Ale Code Vein 2 robi to z taką powagą i patosem, że trudno tego nie kupić. Gra operuje emocjami na poziomie telenoweli sci-fi. Są wielkie poświęcenia, długie monologi o przyjaźni, winie i przeznaczeniu. Postacie płaczą, krzyczą i dramatycznie patrzą w dal. I to działa.

Szczególnie wątek nowej towarzyszki, Josée, jest poprowadzony zaskakująco sprawnie. To nie jest tylko NPC do bicia mobów. To postać z krwi i kości, której motywacje poznajemy stopniowo, odkrywając kolejne okruchy wspomnień. W pewnym momencie złapałem się na tym, że autentycznie zależy mi na jej losie. Gra potrafi uderzyć w czułe struny, serwując sceny, które – przy akompaniamencie fenomenalnej muzyki – budują solidne emocje, nawet jeśli wiemy, że to tanie i oklepane chwyty.

Boli jedynie to, że nasz protagonista pozostaje niemy. W grze tak mocno opartej na relacjach, gdzie każdy wylewa z siebie potok słów, nasz bohater stoi jak kołek i tylko kiwa głową. W 2026 roku to archaizm, który wyraźnie psuje immersję.

Unreal Engine 5 uderza ponownie

Przejdźmy szybko do technikaliów, bo tu Code Vein 2 zbiera największe cięgi. Przesiadka na Unreal Engine 5 miała dać grze nowe życie. Miało być pięknie, płynnie i nowocześnie. W praktyce jest po prostu źle. Owszem, w ubiegłym roku skala fuszerki przy takich tytułach jak Borderlands 4 czy Monster Hunter Wilds była jeszcze większa, ale to żadne usprawiedliwienie.

Optymalizacja leży. Grając na RTX 4080, celowałem w stabilne 60 FPS i w większości udało się to osiągnąć dopiero po obniżeniu detali i włączeniu DLSS w trybie wydajności. To jednak nie koniec problemów. Wystarczy przejść kilka kroków lub obrócić kamerę, by zauważyć ciągłe „chrupnięcia”.

To nie są sporadyczne błędy – to permanentny stan gry. Co gorsza, gdy na ekranie faktycznie dzieje się więcej, nawet te 60 FPS staje się trudne do utrzymania. Dopiero skorzystanie z moda z Nexusa sprawiło, że zabawa stała się wyraźnie bardziej komfortowa, choć nie rozwiązało to problemu ogromnych wymagań sprzętowych.

Wizualnie Code Vein 2 jest skrajnie nierówne. Modele postaci wyglądają obłędnie, ale wystarczy spojrzeć na otoczenie, by zobaczyć rozmyte tekstury i powtarzalność assetów. Oświetlenie Lumen potrafi momentami zachwycić, lecz przez większość czasu jest blade i bez wyrazu. Otwarty świat tylko obnaża te braki.

Otwarty świat – pustka i zmarnowany potencjał

Mapa w Code Vein 2 jest duża i często przeraźliwie pusta. Mamy rozległe ruiny miast, wyschnięte koryta rzek i lasy, ale między punktem A a B nie dzieje się nic ciekawego. Przeciwnicy stoją w miejscu i czekają, aż podejdziemy. To nie jest żyjący świat – to makieta.

Najbardziej boli niewykorzystany potencjał podróży w czasie. Przeszłość i teraźniejszość wyglądają niemal identycznie, różniąc się głównie filtrem kolorystycznym. Zamiast kreatywnego level designu dostaliśmy prostą wajchę: tu przejdziesz, tu nie. To czyste lenistwo projektowe.

Walczy się świetnie

Skoro tak narzekam, to dlaczego grałem w to 36 godzin i bawiłem się bardzo dobrze? Odpowiedź jest prosta: walka.

Gdy wyciągamy broń, Code Vein 2 zmienia się nie do poznania. System starć jest fenomenalny. Jest szybszy, płynniejszy i o wiele bardziej responsywny niż w pierwszej części. Czuć ciężar broni – wielki miecz dwuręczny miażdży wrogów z satysfakcjonującym hukiem, a szybkie sztylety czy bagnety pozwalają tańczyć wokół przeciwnika.

Recenzja Code Vein II

Kluczem do sukcesu są Kody Krwi (Blood Codes). To system klas, który deklasuje konkurencję. Nie jesteś przywiązany do jednej roli. Znajdujesz nowy Kod? Jednym kliknięciem zmieniasz się z maga w tanka. To daje niesamowitą swobodę. Możesz dostosować build pod konkretnego bossa w minutę, bez konieczności resetowania statystyk u jakiegoś NPC.

Nowością są Formy (Forms) i bardziej rozbudowany system parowania, który pozwala na dużo większą dowolność (parowanie, dodatkowy unik czy blok). Sama walka nagradza agresję. Pasek ichoru (pseudo many) ładujemy, atakując wręcz, co wymusza ciągły balans między siekaniem a rzucaniem czarów i używania umiejętności („Dark Gifts”). Walczy się tu naprawdę niesamowicie przyjemnie i bardzo satysfakcjonująco.

Balans? Jaki balans?

Niestety, nawet system walki ma swoje skazy, wynikające głównie z kiepskiego zbalansowania poziomu trudności.

Gra szybko staje się … za łatwa. Przynajmniej w większości przypadków. Otwarty świat sprawia, że jeśli liżesz ściany i robisz zadania poboczne, błyskawicznie stajesz się po prostu za silny. Przeciwnicy nie skalują się, a w połowie gry byłem maszyną do zabijania – bossowie czasem padali po 60 sekundach, często zanim potrafili pokazać co potrafią w kolejnych fazach walki.

Recenzja Code Vein II

Do tego dochodzą towarzysze. Gra jest zaprojektowana pod kooperację z AI. Twój partner (wybór zależny jest od miejsca w fabule i naszych decyzji) jest potężny. Odciąga od nas wrogów, zadaje spore obrażenia, a co najgorsze – może Cię wskrzeszać. To zabija napięcie. W Dark Souls jeden błąd oznacza śmierć. Tutaj? Partner na chwilę znika, oddaje część HP i walczysz dalej. Możesz umrzeć 5 razy w trakcie walki z bossem i nadal wygrać.

Z drugiej strony – jeśli odłączysz partnera i spróbujesz grać solo, gra staje się frustrująca. Bossowie mają ataki obszarowe i tracking zaprojektowany pod dwie postacie. Granie samemu nie jest „trudne w sposób sprawiedliwy”, jest po prostu irytujące. Jesteśmy więc skazani na towarzystwo AI, co czyni grę „spacerniakiem” dla weteranów gatunku.

A propos towarzystwa – brak trybu kooperacji online to skandal w grze, która mechanicznie opiera się na duecie.

Jeszcze wracając do samego poziomu trudności to warto zaznaczyć, że jego skoki w niektórych momentach fabuły są bardzo, bardzo zaskakujące. Większość rozgrywki to pestka dla miłośników gatunku, a przykładowo pierwszy prawdziwy boss (choć trochę opcjonalny – bez spoilerów) to jedna z najtrudniejszych walk w całej grze. Dalej też zdarzają się momenty, które nienaturalnie podnoszą próg wyzwania, by za chwilę zmienić się z znowu w semi-slashera.

Recenzja Code Vein II

Kreator postaci: Waifu Simulator 2026

Muszę poświęcić osobny akapit kreatorowi postaci. To nie jest po prostu narzędzie, to osobna mini-gra. Ilość opcji jest przytłaczająca. Możesz spędzić trzy godziny, dobierając odpowiedni odcień pasemek na grzywce, ustawiając asymetrię akcesoriów czy dobierając wielkość… no, różnych atrybutów.

To tutaj widać, gdzie poszedł budżet artystyczny. Modele postaci są przepiękne. Stylistyka anime została przeniesiona w 3D z niesamowitą dbałością o detale. Jeśli lubisz bawić się w „Fashion Souls”, będziesz wniebowzięty. Dodatki, maski, stroje – jest tego masa. I co ważne, wygląd ekwipunku (pancerza) można oddzielić od statystyk, więc zawsze wyglądasz tak, jak chcesz, nie tracąc na obronie.

Ja nie byłbym sobą, gdyby nie to, że próbowałem pozmieniać kilka suwaków, by ostatecznie wrócić do jednej z zaproponowanych przez twórców postaci.

Monumentalne dźwięki

Na osobne brawa zasługuje ścieżka dźwiękowa. Muzyka w Code Vein 2 jest monumentalna (czasem niemal jak uwielbianym Clair Obscure, choć jednak na nieco mniejszą skalę). Mamy tu potężne orkiestrowe uderzenia, chóry, ale też rockowe, dynamiczne kawałki podczas walk. To właśnie soundtrack buduje większość atmosfery. Kiedy wchodzisz na arenę bossa i uderza patetyczna, symfoniczna nuta, zapominasz o tym, że tekstura podłogi jest brzydka. Muzyka niesie tę grę na swoich barkach, nadając jej epickiego rozmachu, na który wizualnie często jej nie stać.

Dubbing (grałem głównie z japońskim, ale sprawdziłem angielski) również stoi na wysokim poziomie. Aktorzy dają z siebie wszystko, nawet jeśli kwestie, które wypowiadają, są szczytem kiczu („Musimy ocalić przyszłość mocą naszej krwi!”). Szkoda, że nasza postać jest niema, co znacząco wpływa na dynamikę dialogów.

Podsumowanie

Code Vein 2 to gra, którą trudno jednoznacznie ocenić. Obiektywnie? Ma masę wad. Technicznie jest zacofana, optymalizacja leży, otwarty świat jest pusty, a recykling elementów otoczenia, bossów i wrogów (te same moby przez 30 godzin!) bywa męczący. Jako produkt za ponad 300 złotych – jest to propozycja trudna do obrony.

Jest coś magicznego w tym niedoskonałym świecie. System walki i budowania postaci (Blood Codes!) jest tak dobry, że chce się w to grać. Historia, mimo swojego patosu (a może dzięki niemu?), wciąga i każe przeć do przodu, by zobaczyć zakończenie. To gra z duszą. Czuć, że twórcy mimo ograniczeń budżetowych i technicznych włożyli w to serce. To taki „indyk premium”. Szkoda, że za cenę najbardziej dopracowanych nowości.

Z każdą kolejną godziną bawiłem się coraz lepiej. Początkowa irytacja ustąpiła miejsca zaangażowaniu. Złapałem się na syndromie „jeszcze jednego lochu”. I choć widziałem wszystkie szwy, pęknięcia i skróty, jakie zastosowali deweloperzy, bawiłem się lepiej niż przy wielu wygładzonych, ale bezdusznych produkcjach od Ubisoftu. Code Vein 2 to gra, która obiektywnie nie powinna działać, ale działa wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi.