Biurokracja silniejsza niż magia. Escape From Ever After to bajka o pracy w korpo – recenzja gry

Escape From Ever After – recenzja humorystycznego RPG w stylu Paper Mario. Turowa walka z timingami, satyra na korporacje i świetny klimat, ale nierówny pacing oraz kilka małych problemów.

Escape From Ever After to projekt, który bierze na warsztat sentyment do pewnego hydraulika, ale zamiast kopiować go 1:1, wrzuca nas w sam środek bezdusznej korporacji zarządzającej bajkowym uniwersum.

Biurokracja silniejsza niż magia

Punkt wyjścia jest tu genialny w swojej prostocie: Ever After Inc. to firma z naszego świata, która wykupuje klasyczne opowieści, by wydoić z nich każdy grosz. Nasz bohater, Flynt Buckler, oraz jego niedoszła ofiara, smoczyca Tinder, zostają zmuszeni do współpracy jako nisko opłacani pracownicy terenowi. Ta zmiana perspektywy robi robotę. Zamiast ratować świat, biegamy po dziale HR, odwiedzamy kantynę i wypełniamy polecenia managera o imieniu Księżyc. Satyra na kulturę pracy, „owocowe czwartki” i korporacyjny żargon jest tu gęsta i autentycznie zabawna. Smoczyca Tinder kradnie każdą scenę – jej cynizm i wściekłość na zredukowanie do formy „kieszonkowej” przez obrożę kontrolną to złoto.

Nie zawodzi też system walki – to mięsiste turowe potyczki, w których każda sekunda ma znaczenie.

Zapomnijcie o bezmyślnym klikaniu „atak”. Tutaj liczy się wyczucie – trzeba wcisnąć przycisk w ułamku sekundy, by sparować cios lub zadać krytyczne uderzenie. To tylko w absolutnym skrócie, bo jeden cios wymaga przytrzymania przycisku, a inny zaraz naciśnięcia dwóch po sobie. Proste, ale fajne rozwiązanie – momentami okienko na reakcję robi się zaskakująco krótkie, niemal jak w Sekiro.

Escape From Ever After to duchowy spadkobierca Paper Mario – system timingów, który dziś znów wraca do łask, czego najlepszym przykładem jest choćby Clair Obscur: Expedition 33.

Same mechaniki na tym się nie kończą i zaskakują głębią. Już w pierwszych godzinach trafimy na latających przeciwników, których ściągniemy na ziemię atakiem dystansowym, bądź też zabezpieczonych tarczą, którą najpierw trzeba spalić. Takich zależności jest naprawdę sporo, a frontalny cios na gościa z wystającą dzidą skończy się dla nas utratą punktów życia. Kombinować trzeba tu ciągle i sprawia to mnóstwo frajdy, choć nigdy nie można narzekać na przesadne skomplikowanie.

Zamiast many mamy punkty kawy (Mocha Points). To nie tylko śmieszny detal, ale twarda mechanika zarządzania zasobami. Kawa to w tym świecie paliwo – bez niej postacie opadają z sił, co idealnie spina się z motywem wyzysku.

Niestety, nie wszystko tu gra jak w dobrze naoliwionej maszynie. O ile bitwy dają masę frajdy, o tyle pacing, czyli tempo przechodzenia między akcją a eksploracją, potrafi siąść. Są momenty, zwłaszcza w trzecim rozdziale, gdzie gra wpada w pętlę powtarzalnych walk w ciasnych korytarzach. Trudno wtedy omijać przeciwników, bo są szybsi od nas, co zamienia zwiedzanie świata w nieco żmudny proces przedzierania się przez mięso armatnie.

Precyzja na papierze, chaos w 3D

Największa bolączka? Sekcje platformowe. Escape From Ever After stawia na estetykę papierowych wycinanek w trójwymiarowym środowisku. Wygląda to świetnie, ale sterowanie trochę loteria, zwłaszcza podczas pojedynczych zagadek środowiskowych. Ze względu na turowy charakter zabawy nie jest to spora wada, a mała przeszkadzajka głownie w momentach spokojnej eksploracji.

Kolejna sprawa to klasyczne sekrety. Mam z nimi spory problem, bo ich znajdowanie nie ma nic wspólnego z dedukcją czy inteligencją. Większość znajdziek odkrywałem przypadkiem lub liżąc każdą teksturę w nadziei, że akurat na coś trafię. To nie jest satysfakcjonujące odkrywanie świata, a żmudne sprawdzanie pikseli, które opiera się na szczęściu.

Warto też wspomnieć o balansie drużyny, bo nie wszystkie postacie są sobie równe. Taki Wolfgang (wilk) na tle reszty wypada blado pod kątem użyteczności w walce, co sprawia, że szybko lądował u mnie na ławce rezerwowych. Na początku irytowały mnie drobne błędy i brak autozapisu, jednak w międzyczasie twórcy wydali poprawki, które znacząco ograniczyły pojedyncze problemy. Zapisywać ciągle trzeba przy „drukarkach”, ale szansa na przypadkowe przyblokowanie się jest znikoma.

Werdykt z wnętrza biura

Mimo tych drobnych technicznych i projektowych potknięć, Escape From Ever After broni się klimatem. Koncept „czwartego okna” i meta-narracja, w której postacie kwestionują własną wolną wolę, to coś, czego w bajkowych RPG-ach zazwyczaj się nie spotyka. To gra zrobiona z pasji, co czuć w każdym (niestety niemym) dialogu i w genialnej, jazzowej ścieżce dźwiękowej (szkoda tylko małej ilości utworów!).

Dla kogo to jest tytuł? Dla każdego, kto ma dość ugrzecznionych przygód i chce zobaczyć, jak Trzy Świnki zamieniają się w bezwzględnych deweloperów nieruchomości. To solidna, długa przygoda (około 15-20 godzin), która mimo kilku „porwanych stron” w scenariuszu i mechanice, dostarcza mnóstwo taktycznej satysfakcji. Jeśli przymkniesz oko na koślawe skakanie i fakt, że sekretów musisz szukać na ślepo, dostaniesz jeden z ciekawszych hołdów dla klasyki ostatnich lat. To nie jest bezduszny produkt – to gra z pazurem, która czasem sama się o te pazury potyka.

Recenzja Escape From Ever After
Podsumowując
Escape From Ever After nadrabia charakterem: błyszczy humorem, pomysłowym światem i angażującą walką, ale potyka się o dłużyzny, toporne skakanie i kilka projektowych zgrzytów. Świetny koncept, nieco nierówne wykonanie.
Zalety
świeży, korporacyjny twist na baśniowe RPG
zabawne dialogi i mocna satyra
angażująca, timingowa walka
sensowna taktyka bez przekombinowania
stylowa oprawa i klimatyczna muzyka
Wady
nierówne tempo i powtarzalne starcia
toporne segmenty platformowe i praca kamery
spora część sekretów znajdowana „na ślepo”
drobne problemy z balansem drużyny
7.8