Recenzja Flesh Made Fear – retro horror z klimatem, ale bez głębi

Klasyczny survival horror to dziś slogan wyświechtany do granic możliwości. Większość takich produkcji kończy jako spacer po ciemnych korytarzach z latarką i udawanym napięciem, ale Flesh Made Fear faktycznie próbuje odtworzyć ducha lat 90.. Mamy tu statyczne kąty kamery, „tank controls”, ograniczone zarządzanie zasobami. Problem w tym, że pod solidną bazą kryje się sporo decyzji, które skutecznie rozbijają tempo i napięcie. Zabrakło też ambicji.

Retro pełną gębą

Zaczynamy i od razu wiadomo, z czym mamy tu do czynienia. Brak alternatywnego sterowania, brak kompromisów. Tank controls są jedyną opcją — jeśli ich nie trawicie, odbijecie się od gry szybciej niż od pierwszego zombie.

Punkt wyjścia jest klasyczny: tajna jednostka, zaginiony agent, szalony naukowiec i eksperymenty na ludziach. Victor Ripper to antagonista, który łączy klimat Resident Evil z bardziej odjechanym, niemal supernaturalnym podejściem.

Początek działa — wprowadzenie postaci, klimat taniego horroru klasy B, lekki dystans do samego siebie. Problem w tym, że cała opowieść tylko powiela oklepane tematy i nie dodaje nic od siebie. Twórcy zdawali sobie chyba z tego sprawę, bo fabuła jest dosłownie szczątkowa.

Postacie są tak nijakie, że musiałem do recenzji sprawdzić jak się nazywają główni bohaterowie, bo nie mieli dal mnie żadnego znaczenia. Członkowie drużyny znikają na większość rozgrywki, a interakcje między nimi są marginalne. Brakuje jakiegokolwiek napięcia między postaciami, czy emocji. We Flesh Made Fear nie ma nawet jednej sceny, która ma szansę wyryć się pamięci.

Voice acting przypominający koszmar z pierwszych części RE dla jednych będzie uroczym powrotem do przeszłości, dla mnie był po prostu okropny.

Na szczęście sam gameplay wypada zdecydowanie lepiej.

Struktura rozgrywki to klasyczny zestaw przygotowany niczym z checklistą w ręku: dokładna eksploracja, kolejne klucze do znalezienia, medaliony odblokowujące przejścia, ogromny backtracking i teoretycznie ograniczone zapisy. Dostajemy nawet dwie kampanie, w których wcielimy się w Jacka lub Natalie, ale różnią się jedynie detalami. Pojedyncze fragmenty rozgrywki wyglądają tu nieco inaczej, ale to nie jest poziom pełnoprawnych scenariuszy jak w Resident Evil 2.

Czas gry? Około 5–7 godzin na jedno przejście. Do tego dochodzą różne zakończenia i tryb hardcore, więc zawartości jest wystarczająco, tylko że nie zawsze chce się do niej wracać.

Pierwsze wrażenie jest naprawdę solidne – no, może poza voice actingiem i historią. Każda broń ma wyraźny „feeling” – nawet zwykłym piosteletem strzela się przyjemnie, ale już strzelba ma wyraźnego kopa. Zabawa jest dość statyczna ze względu na klasyczny a auto-aim, ale do tego dochodzi unik, który sprawdza się w ciasnych przestrzeniach.

Największy problem pojawia się przy projekcie samych poziomów. Lokacje są często zbyt liniowe i zbyt „czytelne”. Gra prowadzi za rękę bardziej niż powinna, a nadmiar zasobów sprawia, że presja znika. W efekcie survival horror zaczyna przypominać strzelankę z ograniczoną amunicją, zamiast walki o przetrwanie.

Tyle że po kilku godzinach wszystko zaczyna wyglądać tak samo.

Plejada wrogów jest dość standardowa: klasyczne zombie, wariant wybuchowy, wersja szybsza, a później nawet latająca — brzmi dobrze na papierze, ale w praktyce sprowadza się do jednego schematu: strzel, cofnij się, powtórz. Nawet sytuacje z większą liczbą przeciwników nie zmieniają dynamiki, tylko podkręcają chaos.

Bossowie to osobny temat. Efektowni wizualnie, dobrze wprowadzeni, ale mechanicznie… martwi. Walka sprowadza się do biegania w kółko i oddawania strzałów. Brakuje jakiejkolwiek mechaniki, która zmusiłaby do myślenia.

Zagadki są… bezpieczne. Dopasuj przedmiot, odczytaj wskazówkę, użyj klucza. Działają, nie frustrują, ale też nie zostają w głowie. To bardziej przerywniki od sieczki niż realne wyzwania i ogólnie są wyraźnie łatwiejsze niż w pierwszych częściach Resident Evil, a i tam przecież nie było za bardzo miejsca na skomplikowane rozwiązania.

Na tle archaizmów gra doczekała się kilku nowoczesnych usprawnień i dodatków: interaktywne elementy są wyraźnie oznaczone, więc nie ma klasycznego „szukania pikseli”, a czasem zabawę urozmaicają proste … Quick Time Eventy.

Klimat to najmocniejsza strona gry

Jeśli coś trzyma Flesh Made Fear w całości, to właśnie ta atmosfera. VHS-owa estetyka i przerysowany gore tworzą mieszankę, która naprawdę działa. Rotwood to miejsce chore, przesiąknięte krwią i absurdem: od rytualnych symboli po potwory wyglądające jak żywcem wyjęte z tanich horrorów.

Design przeciwników robi robotę. Kreatury są różnorodne wizualnie, często wprowadzane krótkimi scenkami, z charakterystycznymi, „pustymi” oczami i mocno przerysowaną anatomią. Dobrze wypada też dźwięk — od synthowej muzyki po odgłosy łamanych kości i eksplodujących ciał. Oprawa stylizowana na pierwsze PlayStation może się podobać i twórcy fajnie odnaleźli się w tej stylistyce. To wszystko buduje klimat, który momentami naprawdę potrafi wciągnąć. Ale i tutaj nie obyło się bez problemów.

Zbyt ciemne lokacje i źle działająca latarka potrafią skutecznie zepsuć doświadczenie. Światło nie oświetla przestrzeni, tylko „wycina” fragment obrazu. Efekt? Biega się po omacku, bo zwyczajnie nie wiele widać.

Styl jest, ale zabrakło głębi

Flesh Made Fear to gra, która świetnie rozumie estetykę klasycznego survival horroru. Problem w tym, że zatrzymuje się na jej odtworzeniu. To produkcja boleśnie klasyczna, wtórna i oklepana. Stworzona tak, jakby nadal była ograniczona możliwościami pierwszego PlayStation. Stylistycznie w pełni rozumiem, ale brak większego zróżnicowania to już lenistwo.

Mamy solidny fundament: klimat, oprawę, podstawowe mechaniki. Ale wszystko wokół jest uproszczone, spłaszczone albo pozbawione dozy ambicji. Walka szybko się nudzi, poziomy są zbyt liniowe, fabuła nie wykazuje nawet żadnego potencjału.

To solidna gra dla fanów retro — szczególnie tych, którzy chcą kolejny tytuł ze statyczną kamerą i charakterystycznym sterowaniem. Jeśli jednak szukacie czegoś, co rozwija gatunek albo chociaż dorównuje najlepszym współczesnym klonom Resident Evil — możecie się rozczarować.

Recenzja Flesh Made Fear
Naszym zdaniem:
Flesh Made Fear ma świetny klimat i solidne podstawy klasycznego survival horroru, ale szybko przegrywa z powtarzalnością i brakiem ambicji. To poprawna produkcja dla fanów retro, która jednak nie potrafi wykorzystać swojego potencjału.
Zalety
klimat i estetyka VHS/PS1
solidne podstawy gameplayu
satysfakcjonujące bronie
mimo braku ambicji gra się w to przyjemnie
w większości wierna założeniom
Wady
wtórna, nijaka, poszatkowana fabuła
powtarzalność rozgrywki
zbyt liniowe poziomy
brak napięcia i presji
fatalny voice acting
6.5