Mam już za sobą pierwszy odcinek Lost Records, nowej gry od studia DON’T NOD. Kilka lat temu zupełnie niespodziewanie dałem się wciągnąć w historię pierwszego Life is Strange i po cichu liczyłem, że tutaj będzie podobnie. Oczywiście w innym świecie, ze świeżą historią i nowymi bohaterkami. Nadal jest jeszcze szansa, że w drugim epizodzie sprawy nabiorą odpowiedniego tempa, ale jak dotąd czuję się raczej znudzony i wymęczony.
Odcinek Bloom stawia przede wszystkim na ekspozycję czwórki nastoletnich bohaterek, opowiadając o ich charakterach, problemach i budowaniu między nimi przyjaźni. Nie ma w tym nic złego, bo niekończące się rozmowy wydają się całkiem realistyczne, zabawne i pełne ekspresji, ale po pewnym czasie miałem tego coraz bardziej dość.
Life is Strange świetnie przeplatało spokojniejsze momenty z tymi pełnymi emocji i niebezpieczeństwa. W Lost Records jak dotąd tajemnica i zjawiska paranormalne unoszą się w tle, jedynie od czasu do czasu przypominając o sobie. Niemal do samego finału epizodu pozostają totalnie drugoplanowe. W połowie odcinka irytowałem się już tym, że opowieść wydawała się zmierzać do jakiegoś celu, a w rzeczywistości przez kolejną godzinę skupiała się wyłącznie na motywie przyjaźni, eksploracji, badaniu dziesiątek przedmiotów i nagrywaniu nic nieznaczących filmów. I tak przez około pięć godzin.

Sytuację ratowała trochę niesamowita atmosfera połowy lat 90., gdzie dzieje się jakieś 85% gry. Pozostała część to już bliska nam współczesność – 2022 rok, czyli czasy mody na maseczki.
Unikając spoilerów, powiem tylko, że Lost Records to retrospekcyjna opowieść o pewnej wakacyjnej przygodzie, która ma drugie dno. Pamięć bohaterek z tamtego okresu jest totalnie zamglona i wiemy jedynie, że ktoś lub coś próbuje im przypomnieć, co się wtedy tak naprawdę wydarzyło. Dowiadujemy się o ich obietnicy sprzed lat, w której przysięgły, że nigdy więcej się nie spotkają, choć same nie wiedzą dlaczego. Główny motyw jest interesujący i daje nadzieję na solidne rozwiązanie w drugim epizodzie.

W grze wcielamy się w rolę szesnastoletniej Swann – nieco dziwacznej, posiadającej sporą nadwagę, ale bardzo sympatycznej dziewczyny. Bałem się trochę, że twórcy będą próbowali uderzać w niebezpieczne tony body positive, jednak wyszło to całkiem z klasą. Nie zauważyłem tu gloryfikacji, a raczej skupienie się na problemach, jakie osoba ze sporą nadwagą doświadcza ze strony otoczenia.

Pozostała trójka bywa jeszcze bardziej dziwaczna i chaotyczna, co prowadzi do wielu ciekawych dyskusji i sytuacji. Postacie są świetnie zagrane i naturalne, co zdecydowanie pomaga w budowaniu więzi z nimi. Myślę, że gdyby tempo rozgrywki było lepsze, a scenariusz miał więcej mocniejszych przerywników, moje ogólne wrażenia znacząco by się zmieniły.
Sceneria lat 90. robi wrażenie. Mnóstwo tu nawiązań do popkultury i technologii tamtych lat. Na półkach walają się charakterystyczne zabawki, można znaleźć kasety magnetofonowe ze składankami i filmy na VHS. Świetna oprawa graficzna i, jak zawsze u DON’T NOD, idealnie dopasowana ścieżka dźwiękowa, przepełniona miksem indie popu, rocka i punka, znakomicie buduje klimat.

Szkoda, że sama rozgrywka tego specjalnie nie wykorzystuje i skupia się głównie na dialogach oraz długich scenach eksploracji, w których trzeba znaleźć konkretny przedmiot, aby popchnąć fabułę do przodu. Swann posiada przenośną kamerę, za pomocą której zapisuje najciekawsze momenty przygody.
Niestety, korzystanie z niej jest absolutnie nudne – poza fabularnymi miejscami nagrywanie ptaków, przedmiotów, graffiti czy koleżanek przy każdej okazji nie wnosi nic do historii. Najważniejszą funkcją kamery okazuje się jej lampa błyskowa, służąca jako latarka. Nawet w jednej ze scen nasze nagrania nie miały żadnego znaczenia, bo odtworzony materiał był po prostu gotowym filmem. Zupełnie szczerze, w połowie epizodu całkowicie odpuściłem opcjonalne nagrania, bo były dla mnie totalną stratą czasu.

Jeśli chodzi o współczesność, to tutaj również bez większych zaskoczeń – perspektywa zmienia się na pierwszoosobową, a my, znajdując się w barze, wspominamy stare czasy, próbując przypomnieć sobie, co się wydarzyło. Ponownie dostajemy naturalne dialogi i świetne przedstawienie upływu czasu oraz zmiany charakterów bohaterek. W grze mamy sporo opcji dialogowych wpływających na rozwój relacji, ale ciężko mi już teraz określić, czy mają one jakieś większe znaczenie dla historii. Na ten moment wydają się raczej znikome.
Jak widać, DON’T NOD solidnie przyłożył się do stworzenia Lost Records, ale chyba nie jestem docelowym odbiorcą. Era symulatorów chodzenia jest już raczej za nami i nawet ciekawsze gry, jak choćby polskie Nobody Wants to Die, przeszły bez większego echa na rynku.

Tutaj trochę się wynudziłem, ale po przetrwaniu tak przeciągniętego wstępu do opowieści będę musiał sprawdzić również finał o podtytule RAGE, który zapowiada się zdecydowanie ciekawiej. Zakupu gry nie jestem w stanie jeszcze polecić, ale jeśli gracie na konsoli Sony i posiadacie abonament PlayStation Plus Extra, to tytuł będzie dostępny w nim od razu po premierze – w takim przypadku zdecydowanie warto dać mu chociaż szansę. Jeśli zdecydujecie się sprawdzić Lost Records, koniecznie podzielcie się w komentarzach swoimi wrażeniami – jestem ciekaw, czy będą podobne do moich, czy zupełnie inne.




