Recenzja Pigface – wczesny dostęp

Choć na tym etapie zawartość gry nie jest kompletna, Pigface już teraz wyraźnie pokazuje, że ma ambicje stać się czymś więcej niż kolejną retro-strzelanką.

O Pigface dowiedziałem się zupełnie przypadkiem i zaciekawiony dość mocno jego ekspresyjnym stylem postanowiłem dać mu szansę. To wydany we wrześniu w formule wczesnego FPS, który łączy w sobie kilka ciekawych elementów: estetykę retro przywołującą na myśl czasy pierwszego PlayStation, intensywne, brutalne starcia rodem z Manhunta czy Hotline Miami oraz mechanikę otwartych misji, które pozwalają podejść do zadań na wiele sposobów.

Choć na tym etapie zawartość gry nie jest kompletna, Pigface już teraz wyraźnie pokazuje, że ma ambicje stać się czymś więcej niż kolejną retro-strzelanką. Fundamenty są solidne, a atmosfera na tyle charakterystyczna, że trudno ją pomylić z innym tytułem, nawet pomimo wyraźnych inspiracji wspomnianymi wyżej tytułami.

Fabuła, choć na razie szczątkowa, zarysowuje się w mrocznych i niezwykle sugestywnych barwach. Główną bohaterką jest Exit – kobieta, która budzi się w opuszczonym magazynie, okryta krwią i z bombą przewierconą w głowie. Zmuszana przez anonimową organizację kryminalną, wykonuje zlecenia, które wymagają od niej brutalnej skuteczności. Konwencja jest prosta, ale sposób podania dodaje jej ciężaru – komunikacja odbywa się przez stary telefon komórkowy rodem z początku lat dwutysięcznych, a kolejne misje to fragmenty większej, nie do końca jeszcze wyjaśnionej układanki. Atmosfera kojarzy się z Hotline Miami czy wczesnymi filmami Nicolasa Windinga Refna, a także przebijają tu liczne echa produkcji jak Killing Them Softly, Piła czy Dragged Across Concrete.

Do despocji mamy tu swoją bazę. Jest to niewielkie, obskurne mieszkanie, pełne pustych butelek i brudu. To tutaj kupujemy a zarobione w misjach pieniądze nowy ekwipunek, a także przygotowujemy się do kolejnych zadań. Ważne są też maski, które znajdziemy podczas rozgrywki, bo nie tylko zmieniają wygląd bohaterki, ale także oferują konkretne premie – jedne pozwalają na regenerację części zdrowia, inne dają szansę wejścia w tryb spowolnienia czasu po udanym zabójstwie.

Prawdziwe mięso w Pigface to rozbudowane misje. Każda z nich to stosunkowo duży, sandboxowy obszar – motel, stacja kolejowa czy przedmieścia, które można rozegrać na wiele różnych sposobów. Od nas zależy czy przeprowadzimy frontalny atak z shotgunem w dłoni, czy podejdziemy do sprawy nieco bardziej metodycznie, eliminując wrogów po cichu przy użyciu tłumika. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby nawet zająć strategiczną pozycję ze snajperką w rękach. Gra premiuje zarówno eksplorację (choć na razie nagrody za grzebanie w zakamarkach map są raczej symboliczne), jak i wykonywanie dodatkowych celów misji, które przekładają się na większe zarobki i szybszy rozwój arsenału.

Starcia są brutalne i bezpośrednie. Walka wręcz – zwłaszcza przy użyciu cięższych narzędzi jak młot – to czysta, krwawa satysfakcja. Każde zabójstwo wymaga kilku uderzeń, ale same ciosy mają bardzo przyjemny ciężar i potrafią zaskoczyć brutalnością. Broń palna ma również sporo powera, choć nie jestem przekonany czy brak celownika to w pełni przemyślane rozwiązanie. Wymusza to większe skupienie i podnosi poziom napięcia, zwłaszcza że przeciwnicy potrafią zaskoczyć nagłym atakiem zza rogu, ale wpływa również na dynamikę starć. Niestety, na tym etapie sztuczna inteligencja bywa rozczarowująca – wielu przeciwników reaguje przewidywalnie i bezmyślnie biegnie wprost pod lufę. Grając po cichu problemy jeszcze bardziej się nawarstwiają i często dochodzi do absurdalnych sytuacji, w których wrogowie albo na nas nie reagują, albo widzą praktycznie przez ściany.

To dopiero wczesny dostęp i takie elementy powinny zostać znacząco usprawnione podczas dalszych prac nad grą Obecna zawartość Pigface to cztery pełne misje plus tutorial, co w praktyce przekłada się na ok 4 godziny zabawy z możliwością jej wydłużenia jeśli lubimy eksperymentować, a jak wspomniałem wcześniej – gra na to zdecydowanie pozwala.

Od strony audiowizualnej produkcja budzi skojarzenia z pierwszymi tytułami zkonsoli Playstation 2. Grafika przypomina nieco pierwszą odsłonę Max Payne’a, tyle że w perspektywie pierwszoosobowej. Aktualnie optymalizacja pozostawia nieco do życzenia, przez co wymagania sprzętowe są zaskakująco spore jak na ten poziom oprawy. Nie ma tragedii, bo Pigface działa przyzwoicie nawet na Steam Decku, ale liczę tu jednak na zdecydowanie lepszą wydajność w momencie pełnej premiery.

Mimo braków, Pigface robi wiele rzeczy naprawdę dobrze. Każda misja to krótki, ale intensywny akt przemocy. To gra brutalna do bólu, ale też na swój sposób szczera – nie udaje, że chodzi o coś więcej niż chaos, krew i przetrwanie. Jestem ciekaw rozwoju i chętnie poznam dalsze poziomy po premierze pełnej wersji. Za mniej niż 50 zł warto dać szansę i kredyt zaufania tej produkcji.