Recenzja Steel Seed

Steel Seed to ambitna próba przedstawienia mrocznej opowieści science fiction, w której rozgrywka opiera się na połączeniu skradania, intensywnych starać i dynamicznych sekwencji platformowych.

Steel Seed to ambitna próba przedstawienia mrocznej opowieści science fiction, w której rozgrywka opiera się na połączeniu skradania, intensywnych starać i dynamicznych sekwencji platformowych. Czy to jednak nie za dużo dla niewielkiego studia Storm in a Teacup?

Historia pełna klisz

W produkcji historię poznajemy z perspektywy Zoe, która wraz ze swoim latającym mechanicznym towarzyszem będzie musiała zmierzyć się ze światem pod zagładą niebezpiecznych maszyn. Nie pomaga fakt, że jej pamięć jest dość fragmentaryczna, a na każdym kroku wszystko chce nas zabić. Fabuła początkowo dawała mi nadzieję na solidną opowieść o człowieczeństwie w brutalnych okolicznościach, ale poprowadzona została absolutnie miernie i nawet nie próbowała wprowadzić czegoś nowego.

Recenzja Steel Seed
Zapowiada się ….. pasjonująco

Tempo jest tu niezwykle ślamazarne, a główny motyw oparto na odszukaniu czterech hologramowych wiadomości ojca Zoe, którego chce w pewnej formie przywrócić do życia. Historia przez większość jedynie unosi się w tle, by dopiero pod sam koniec nieco nabrać tempa. Samych dialogów jest tu niewiele, a budowanie świata oparto przede wszystkim na ekspozycji wizualnej i licznych dziennikach, które uchylają nieco więcej światła na bieżące wydarzenia.

Sama Zoe i jej dron Koby to jeden z najbardziej nijakich duetów w historii gier – widać, że twórcy starali się zbudować tu przyjazną relację, ale rozmowy bohaterki z maszyną, która jedynie wydaje z siebie głos pikania są w najlepszym wypadku infantylne. Absolutnie nie czułem tu żadnej chemii i nie znalazłem tu najmniejszych podstaw, aby przejmować się ich losem. Cieszę się jedynie, że kwestie fabularne stanowią jedynie margines całej rozgrywki, bo większy nacisk na ten element mógłby odbić się jeszcze bardziej negatywnie na odbiorze całości. Twórcy chwalą się, ze za scenariusz odpowiada tu niejaki laureat nagrody BAFTA, Martin Korda. Cóż, szczerze wątpię, że za Steel Seed zbierze pochwały, choć sama końcówka trochę się broni.

Recenzja Steel Seed

Przyjemne segmenty platformowe

Zdecydowanie lepiej, choć nadal niedoskonale, wypadają pozostałe elementy gry. W czasie zabawy trafimy do 4 wielkich i całkiem zróżnicowanych lokacji, w których jest mnóstwo poukrywanych ścieżek czy sekretów. Wszystko jest tu niezwykle monumentalne i bardzo nastrojowe, co dodatkowo potęguje uczucie obecności w świecie po mechanicznej apokalipsie.

W eksploracji bardzo ważną rolę odgrywają liczne segmenty platformowe, a Zoe może pochwalić się bogatym zestawem ruchów i umiejętności, które odblokowujemy stopniowo wraz z postępami historii. Sterowanie jest tu bardzo responsywne i nie sprawia zazwyczaj problemów. Warto jednak podkreślić, że wszystkie sekwencje są tu sztucznie ograniczone – przykładowo chwycić możemy się tylko oświetlonych platform, a bieg po ścianach odbywa się tylko w określonych miejscach.

Recenzja Steel Seed

W wersji recenzenckiej kilkukrotnie spotkałem się z sytuacją, gdzie odpowiedni skrypt nie chciał się aktywować i wymuszał czasem kilku powtórzeń sekwencji zanim „zaskoczył” – mam nadzieję, że edycja przeznaczona do sprzedaży nie będzie miała takich problemów, ale na dzień przed debiutem nadal one występują. Mimo ograniczeń i okazjonalnych błędów sama eksploracja bardzo mi się spodobała i czułem się zachęcany do dokładnego badania lokacji.

Największe wrażenie robią tu oskryptowane sekwencje ucieczek, podczas których trzeba wykorzystywać opanowane wcześniej umiejętności – są bardzo dynamiczne i niezwykle efektowne. Szkoda tylko, że zastąpiły tu pojedynki z bossami.

Recenzja Steel Seed

Angażujące skradanie

W Steel Seed najważniejsze jest jednak skradanie, które sprawia sporo frajdy. To taka hybryda pomysłów Ubisoftu połączona z nieco bardziej staroszkolnym podejściem. Areny z wrogami dają duże pole do popisu i skrywają wiele alternowanych dróg do cichej eliminacji. Początkowo nie mamy pełnego wachlarzu umiejętności i najważniejsze jest pozostanie w cieniu, a następnie powolne wybijanie jednego robota za drugim. Wraz z rozwojem Zoe otrzymujemy bardzo bogaty arsenał, który znacząco urozmaica potyczki.

Starcia z wrogami to małe place zabaw, które sprawiają sporo satysfakcji i oferują dużą otwartość. To od nas zależy jak do nich podejdziemy – możemy przykładowo tworzyć specjalne pola, w których jesteśmy nie widoczni, stawiać pułapki, podrzucać miny, czy przed przystąpieniem do walki zbadać dokładnie arenę z pomocą towarzyszącego nam drona.

Recenzja Steel Seed

Aby nie było za łatwo, co jakiś czas pojawiają się tu nowe jednostki, takie jak choćby patrolujące otoczenie wieżyczki, które zmiotą nas z planszy w mgnieniu oka po wykryciu lub potężne maszyny, których nie da się ubić od jednego ciosu w plecy. Sztuczna inteligencja jest bardzo zero-jedynkowa, co nie jest dla mnie żadną wadą. Wrogowie chodzą zawsze tymi samymi ścieżkami, z których zbaczają tylko jak zaobserwują coś niepokojącego lub usłyszą nasze gwizdnięcie czy generator szumów. Skradanie przypomina tu nieco grę logiczną, ale z wieloma różnymi finałami.

Wykrycie to nie koniec zabawy

W momencie wykrycia możemy nadal próbować zgubić pościg (często jest taka możliwość) lub podejść do eliminacji twarzą w twarz z pozostałymi jednostkami. Bezpośredni atak od samego początku nie jest dobrą strategią, bo Zoe to krucha istota i narażenie jej na zmasowany atak raczej skończy się dobrze. Steel Seed to nie soulslike, ani slasher – walka jest tu przyjemnym dodatkiem, ale korzysta się z niej raczej w ostateczności.

Recenzja Steel Seed

Bohaterka oczywiście nie jest bezbronna – uniki robimy bez żadnych ograniczeń wytrzymałości, możemy zadawać też naładowane ciosy, które doskonale sprawdzą się u wrogów wyposażonych w tarcze. Dodatkowo Koby ma całkiem bogaty arsenał ataków dystansowych – precyzyjne strzały w głowę czy miejsca krytyczne ułatwiają drogę do zwycięstwa.

Dodatkowo system rozwoju został tu zrealizowany bardzo ciekawie – nowe umiejętności odblokowujemy poprzez wykonanie określonych mini zadań – przykładowo dokonując eliminacji z pomocą Kobyego, zwabiając wroga do pułapki czy robiąc idealne uniki. Dostępnych mamy około 40 atrybutów i każdy z nich wydaje się bardzo pomocny w rozgrywce. Aby je „wykupić” musimy również mieć odpowiednia ilość punktów doświadczenia, które nie przepada nawet po śmierci. Zbiera się je dość powoli, bo same eliminacje nie są przesadnie nagradzane, więc warto rozglądać się dokładnie po lokacjach za ukrytymi znajdźkami.

Recenzja Steel Seed

Rozkładając Steel Seed na pojedyncze czynniki wyłania się obraz produkcji niedoskonałej, ale zbudowanej na bardzo fajnych mechanikach. Mimo ciekawej progresji szybko wdziera się tu jednak pewna monotonia, a nie pomaga fakt flegmatycznie prowadzonej narracji i licznych przestojów w samej rozgrywce.

Oprawa audiowizualna

Zanim przejdę do podsumowania to chciałbym wspomnieć o kwestiach technicznych. Oprawa wizualna zaskoczyła mnie ilością detali i bardzo ładnie zrealizowanymi lokacjami o ogromnych przestrzeniach. Dodatkowo oświetlenie buduje tu bardzo ciekawy nastrój, który niejednokrotnie zahacza o futurystyczny horror. Gorzej natomiast wypada wydajność, bo w wielu miejscach napotkałem na spadki płynności i to niezależnie od wyboru detali czy skalowania rozdzielczości. Najbardziej obciążające sprzęt są tu efekty cząsteczkowe, które pojawiają się w specjalnych polach przeznaczonych do skradania i po wejściu w nie traciłem nawet 30% wydajności na RTX 4080, co powodowało spadki poniżej 60FPS w 4K z DLSS w trybie zbalansowanym.

Recenzja Steel Seed

Bardzo nijako wypada natomiast kwestia oprawy dźwiękowej – muzyka jest po prostu tłem i nie wywołała u mnie najmniejszych emocji, a aktorzy głosowi wypadli niezwykle teatralnie. Szkoda, bo mroczne science fiction aż prosi się o mocne i zapadające w pamięć utwory.

Podsumowując

Ukończenie historii zajęło mi tu około 11 godzin (bez „czyszczenia” lokacji), co nie jest przesadnie długim wynikiem, ale jednocześnie im dalej w las, tym coraz bardziej nie mogłem doczekać się finału opowieści. Nie dlatego, że interesowała mnie przedstawiona intryga, a po prostu czułem pewne zmęczenie powtarzalnymi mechanikami. Zabrakło tu trochę odpowiedniego tempa, pomysłów i dopracowania, ale pod względem całości Steel Seed to przyjemna produkcja dla miłośników skradania.

Steel Seed: to nieco niedopracowana, choć miejscami intrygująca próba połączenia skradanki, platformówki i narracyjnego science fiction. Oprawa wizualna i system rozwoju dają satysfakcję, ale całość cierpi na powtarzalność, nijaką historię i brak emocjonalnego zaangażowania. Gaming Mode

6
von 10
2025-04-22T15:00:00+0200