Na papierze wszystko się tu zgadza. Winter Burrow to cozy survival o małej myszce, która wraca do rodzinnej nory w środku zimy, próbuje ją odbudować, odnaleźć porwaną przez drapieżnika ciotkę i jakoś przetrwać w świecie pełnym chłodu, głodu i… zadziwiająco agresywnych owadów. Inspiracje są jasne: od Don’t Starve, przez Stardew Valley, aż po miękką estetykę w stylu Animal Crossing i komiksowego Mouse Guard. Problem w tym, że choć klimat i oprawa potrafią zauroczyć, to jako gra całość okazuje się boleśnie zachowawcza, powolna i oparta na męczącym bieganiu tam i z powrotem.

Historia zaczyna się mocnym, wręcz melancholijnym akcentem. Rodzice bohatera zginęli, wyniszczeni ciężką pracą w mieście. On sam wraca do zapomnianej nory w lesie, który wita go śniegiem, ciszą i poczuciem, że każda wyprawa może skończyć się tragicznie. Ten kontrast między „uroczą” estetyką a dość smutnym tłem fabularnym działa zaskakująco dobrze. Las jest piękny, ale nieprzyjazny. Każdy domek innego zwierzęcia to jednocześnie bezpieczna przystań i punkt kolejnych zadań.
Brak mapy od samego początku buduje napięcie, ale szybko zaczyna bardziej irytować niż immersyjnie wciągać. Owszem, ślady w śniegu są klimatyczne, ale gdy po raz dziesiąty biegniesz tą samą trasą, bo zabrakło jednego kawałka drewna albo konkretnego grzyba, romantyzm ustępuje zmęczeniu.
Mechanika i gameplay
Trzon rozgrywki to klasyczny survival: ciepło, głód, zdrowie i stamina. Zimno potrafi zabić szybciej niż jakikolwiek przeciwnik, a noc to niemal wyrok śmierci bez dobrego przygotowania. Trzeba planować wyprawy, gotować, szyć ubrania, rozpalać ogniska, a potem wracać do nory, bo tylko tam da się bezpiecznie przetrwać i craftować.
Brzmi znajomo? Bo jest znajome do bólu. Zbieranie surowców, wytwarzanie narzędzi, odblokowywanie kolejnych stref dzięki lepszemu kilofowi czy siekierze – wszystko to już było. Do tego dochodzi struktura zadań oparta niemal wyłącznie na fetch questach. Idź, znajdź, przynieś, wróć. I znowu idź, bo zabrakło dwóch gałązek.

Największym problemem Winter Burrow jest tempo. Gra jest wolna, metodyczna, wręcz ociężała. Backtracking staje się jej głównym „wyzwaniem”. Nie dlatego, że trasy są niebezpieczne, ale dlatego, że system postępów i brak mapy wymuszają ciągłe powroty tą samą drogą. Z czasem pojawia się wrażenie, że więcej tu maszerowania niż faktycznej eksploracji.
Walka z insektami to kolejny element, który istnieje bardziej z obowiązku niż z potrzeby. Proste wymachy siekierą, krążenie wokół przeciwnika, brak tu jakiejkolwiek głębi. Pająki czy mrówki nie stanowią żadnego zagrożenia, a same starcia nie zaskakują mechanikami. To raczej przeszkody na drodze do kolejnych surowców niż pełnoprawny system.
Oprawa audiowizualna i techniczna
Tu Winter Burrow naprawdę błyszczy. Ręcznie rysowana grafika, miękkie światło, ślady łapek na śniegu, ciepły blask lamp w norze, co tworzy klimat, który aż prosi się o kubek herbaty i słuchawki na uszach. Styl inspirowany komiksem działa świetnie, a zmiany pogody i pory dnia potrafią nadać scenom zupełnie inny nastrój.

Muzyka jest spokojna, dyskretna, z wyraźnym motywem melancholii. Technicznie wersja PC nie sprawiała mi żadnych problemów, a rozgrywka była bardzo płynna nawet na handheldach (Steam Deck, MSI CLAW 8AI) i zawsze działała w 60 FPS nie drenując przy tym baterii. Dodatkowo chciałbym podkreślić, że nie napotkałem się tu na większe błędy. Wkurzać może za to interfejs, który bywa nieczytelny, a zarządzanie ekwipunkiem potrafi czasem zirytować swoją topornością. Miejsca mamy tu mało, a przeskakiwanie między „magazynem”, a własnymi kieszeniami dodatkowo wydłuża i tak sztucznie rozciąganą zabawę.
Więc, czy warto zagrać?
Winter Burrow to wizualna perełka, która pod śliczną oprawą skrywa bolesną nudę. Choć klimat melancholijnej zimy i ręcznie rysowana grafika robią świetne pierwsze wrażenie, sama rozgrywka szybko zamienia się w uciążliwą rutynę. Największym problemem jest skrajnie monotonny backtracking – ślamazarne tempo poruszania się myszy w połączeniu z brakiem mapy i koniecznością ciągłego wracania po te same surowce błyskawicznie zabija chęć do eksploracji.
Mechanicznie gra jest wtórna i zachowawcza. Zadania oparto na najbardziej leniwym schemacie „przynieś-podaj”, a prymitywny system walki dodano wyraźnie na siłę. To survival, w którym nie walczysz o przetrwanie, a z własną cierpliwością. Winter Burrow to ładna, nastrojowa wydmuszka, która sprawdzi się tylko u osób ceniących estetykę ponad angażujący gameplay. Dla reszty będzie to po prostu ładnie narysowany symulator biegania bez celu.




