Płacenie 70 dolarów za tytuł, który kupiło się półtora roku temu to kiepski żart, ale Nihon Falcom właśnie serwuje nam go na zimno. 20 lutego 2026 roku na PlayStation 5, PC i Switcha 2 trafia Ys X: Proud Nordics. Po spędzeniu z tą edycją kilkudziesięciu godzin wniosek mam jeden: to absolutnie najlepszy sposób na poznanie przygód Adola i Karji, a jednocześnie jeden z najbardziej bezczelnych skoków na kasę w historii studia.
Zanim przejdę do mechaniki – bo tu akurat należą się pochwały – musimy wyjaśnić sobie kwestię, której nie da się przemilczeć. Falcom postanowił zagrać w „Atlusa”. Pamiętacie Persona 5 Royal albo SMT V: Vengeance? Japończycy uznali, że skoro konkurencja może sprzedawać rozszerzone edycje w pełnej cenie bez opcji płatnego upgrade’u dla posiadaczy oryginału, to oni nie będą gorsi. Jeśli masz już Ys X na półce, wydawca pokazuje ci środkowy palec. Chcesz nową zawartość? Płać pełną kwotę (ok. 300-350 zł). Co gorsza, save’y z pierwowzoru nie działają i zabawę trzeba zaczynać od zera. To kiepska polityka, zwłaszcza wobec najwierniejszych fanów, którzy wspierali markę na premierę.

Jeśli przymkniecie na to oko – lub po prostu nie graliście jeszcze w „dziesiątkę” – czeka was kawał solidnego RPG-a. Proud Nordics naprawia niemal wszystko, co w oryginale zgrzytało.
Wyspa Oland to nie jest tanie DLC, ale to nie jedyna nowość
Marketingowcy uwielbiają hasła o „nowych regionach”, które w praktyce okazują się dwoma korytarzami na krzyż. Tutaj jest inaczej. Oland Island, dostępna od piątego rozdziału w ramach EX Quests, to gigantyczny teren – lekko licząc 5 do 10 razy większy od standardowych wysepek z podstawki. To nie jest jednorazowy dungeon. Wracamy tam wielokrotnie, a struktura wyspy została podzielona na pięć stref, które odblokowujemy wraz z postępami w fabule.
Na Oland spotykamy nowe twarze: Canute’a (użytkownika Many) i jego tarczowniczkę, Astrid. Choć nie dołączają do drużyny na stałe, pełnią kluczową rolę w rozbudowie lore Normanów. I tu pojawia się zgrzyt. Historia Oland jest świetna, rzuca nowe światło na lud Karji, ale czuć, że została „doklejona”. Wydarzenia na wyspie dzieją się w próżni – nie wpływają na zakończenie ani na relacje w głównym wątku, bo zburzyłoby to spójność scenariusza. Mimo to, jako samodzielna opowieść wewnątrz świata gry, broni się doskonale.

Największą bolączką oryginału było tempo eksploracji. Statek Sandras poruszał się jak w smole, a puste przebiegi między wyspami usypiały. W Proud Nordics ten element przeszedł gruntowny remont. Wprowadzono system prądów wietrznych (Wind Lines), które odblokowujemy, wygrywając specjalne, żółte bitwy morskie. Różnica jest kolosalna. Podróżowanie po Zatoce Obelia stało się wreszcie dynamiczne. Jeśli ktoś nadal ma alergię na walkę morską, dodano opcję „Sea Battle Assist”, która pozwala błyskawicznie „przeklikać” starcia statków i wrócić do tego, co w Ys najważniejsze – siekania potworów na lądzie.
Poprawki dotknęły też samej walki. Pamiętacie irytującego bossa Sandworm z początku gry? Jego druga faza została przeprojektowana. Teraz daje znacznie czytelniejsze okienka na parowanie (Flash Guard), co eliminuje frustrację na wczesnym etapie. To małe detale, ale składają się na obraz gry znacznie bardziej przemyślanej.

Nowa mechanika Mana Hold, pozwala manipulować otoczeniem – podnosić bloki czy ciskać przedmiotami. Brzmi świetnie, dodaje wertykalności światu, który wcześniej był dość statyczny. Niestety, wykonanie techniczne kuleje. Fizyka bywa kapryśna – rzucane obiekty potrafią zaklinować się w ścianach lub dziwnie rotować. Interfejs celowania też bywa mylący. Mimo łatek, ten element wciąż sprawia wrażenie wciśniętego nieco na siłę.
System rozwoju postaci w tej edycji jest na sterydach. Wprowadzono „Lightning Crystals” (dropiące z rzadkich wrogów na Oland), które pozwalają wbijać mistrzostwo umiejętności powyżej standardowego 100% – aż do absurdalnego 1000%. Do tego dochodzi „Golden Sand” do ulepszania artefaktów oraz nowość: Bezbarwne Nasiona Many (Colorless Mana Seeds). Te ostatnie rezygnują z bonusów za kolorystyczne combo, oferując w zamian potężny zastrzyk surowych statystyk.
Endgame zyskał „Mooseheim” – loch nastawiony na Time Attack. Nie nastawiajcie się jednak na maraton. Sprawny weteran przebiegnie go w 45 minut. To raczej poligon doświadczalny do testowania wykręconych statystyk niż pełnoprawny dodatek fabularny.

Testowałem wersję dostępną na PC i nie zaobserwowałem dużych zmian w porównaniu do oryginału – w obu przypadkach mamy do czynienia ze świetnie zoptymalizowaną i ładną (choć prostą technicznie) oprawą graficzną. Tytuł posiada naprawdę mnóstwo ustawień i bez problemów wyciągniemy dzięki nim solidną ilość klatek nawet na słabszych urządzeniach – nawet 90 FPS jest osiągalne po mocnych cięciach na Steam Decku OLED.
Nie miałem okazji sprawdzić wersji na Nintendo Switch 2, ale według innych testów właśnie na tej platformie można liczyć na ogromny skok w porównaniu do edycji odpalonej we wstecznej kompatybilności.

Werdykt
Ys X: Proud Nordics to bez wątpienia najlepsza wersja „dziesiątki”. Szybsza, większa, ładniejsza i pozbawiona większości wad pierwowzoru. Nowa wyspa Oland oferuje solidne godziny eksploracji, a zmiany w żegludze drastycznie poprawiają rytm rozgrywki.
Gdyby to było DLC za 80 złotych, byłbym pewnie zachwycony. Jako pełnoprawny produkt w pełnej cenie, budzi mieszane uczucia. Jeśli ominąłeś oryginał – bierz w ciemno, bo dostajesz naprawdę udanego Action RPG-a w wersji dowalonej. Jeśli masz już Ys X w bibliotece, poczekaj na głęboką przecenę. Zawartość jest świetna, ale model biznesowy Falcomu to niestety ponura rzeczywistość, której nie powinniśmy oklaskiwać.




