Recenzja Darwin’s Paradox! – Ośmiornica w świecie retro-futuryzmu
Darwin nie potrzebuje ani jednego słowa, by sprzedać nam swoją historię. Wystarczy mu osiem macek, z których każda zdaje się żyć własnym życiem, desperacko szukając oparcia na śliskiej rurze czy krawędzi biurka. Darwin’s Paradox! to rzadki przypadek gry, która czaruje ruchem i fizyką niemal tak samo mocno, jak swoją unikalną oprawą wizualną. Jednak im głębiej wchodzimy w ten retro-futurystyczny świat rodem z lat 50., tym wyraźniej widać, że pod tą niezwykle ekspresyjną, niemal disneyowską powłoką, kryje się produkcja momentami boleśnie zachowawcza, a chwilami zwyczajnie frustrująca.
Prolog to prawdziwy popis techniczny studia Ocellus. Poznajemy w nim Darwina w jego naturalnym środowisku i to właśnie tutaj mechanika proceduralnej animacji błyszczy najjaśniej. Ośmiornica nie jest po prostu modelem przesuwającym się po ekranie; czuć, że każda jej kończyna reaguje na otoczenie indywidualnie, co nadaje zabawie niezwykłej organiczności. Sielanka kończy się jednak szybko, gdy nasz bohater – będący efektem nieszczęśliwego splotu ziemskiej ewolucji i technologii obcych – zostaje wyrzucony na powierzchnię. Zderzenie z korporacją UFOOD zmienia zasady gry: swobodne, płynne pływanie ustępuje miejsca niepewnemu, niemal komicznemu pełzaniu. Gra w tych momentach trafia w punkt, bo zamiast klasycznej zręcznościówki serwuje nam coś na kształt fizycznej łamigłówki, gdzie musimy brać poprawkę na inercję miękkiego ciała Darwina.
Najlepsze fragmenty rozgrywki to te, w których projekt poziomów idzie pod rękę z biologicznymi atutami bohatera. W jednej z sekcji musimy przedrzeć się przez halę pełną buchającej pary. Darwin może przykleić się do niemal każdej powierzchni, ale te rozgrzane do czerwoności oznaczają natychmiastową porażkę. Zaczyna się wtedy fascynujący taniec: musimy planować drogę tak, by zwisać na trzech mackach nad przepaścią, podczas gdy pozostałe szukają bezpiecznego punktu zaczepienia. Jeszcze ciekawiej wypada mechanika związana z radioaktywnym szlamem. Pokrycie się brudem daje nam swoisty pancerz przed agresywną fauną zamieszkującą kanały, ale ceną za to jest utrata przyczepności przyssawek. Darwin staje się wtedy „ciężki” i niezdarny, co zmusza nas do ciągłego kombinowania, czy w danej chwili bardziej potrzebujemy bezpieczeństwa, czy mobilności.
Niestety, ten biomechaniczny zachwyt regularnie psuje system sterowania, który nie zawsze nadąża za ambitnymi założeniami twórców. O ile w spokojnych momentach niezdarność ośmiornicy buduje klimat, o tyle w sekwencjach ucieczkowych potrafi irytować. Darwin potrafi przykleić się do niewłaściwego obiektu w najmniej odpowiednim momencie albo odbić się pod kątem, którego fizyka gry nie potrafiła sensownie zinterpretować. Szczególnie bolą sekcje wymagające milimetrowej precyzji przy omijaniu wirujących ostrzy czy laserów. W świecie 2.5D, gdzie przeciwnicy często poruszają się w pełnym trójwymiarze, trudno czasem ocenić, czy faktycznie jesteśmy w bezpiecznym miejscu. To poczucie „taniej śmierci” potęgują checkpointy rozstawione zbyt rzadko i ekrany ładowania skutecznie wybijają z rytmu.
Druga połowa przygody kładzie ogromny nacisk na skradanie, co jest wyraźnym ukłonem w stronę klasyków gatunku, takich jak Metal Gear Solid. Darwin potrafi dynamicznie zmieniać fakturę skóry, upodabniając się do metalowych płyt czy drewnianych skrzyń, co wygląda bardzo świeżo dzięki zastosowaniu silnika Unreal Engine 5 i świetnego oświetlenia. Niestety, system wykrywania bywa kapryśny. Zdarzało mi się zostać zauważonym przez strażnika, który patrzył w zupełnie innym kierunku, tylko dlatego, że czubek jednej z moich macek wystawał poza umowną granicę cienia. Takie techniczne niedociągnięcia sprawiają, że zamiast czuć się jak genialny uciekinier z laboratorium, czujemy się jak ofiara niedopracowanego kodu.
Mimo tych zgrzytów, oprawa graficzna i sam projekt świata potrafią przykuć do ekranu. Estetyka retro-science-fiction jest tu dopracowana do perfekcji: od propagandowych plakatów wychwalających „konserwy z galaktyki”, po absurdalnie zaprojektowane roboty strażnicze. Sam Darwin to małe arcydzieło animacji. Bez użycia słów, jedynie poprzez ruch oczu czy specyficzne ułożenie ramion, potrafi wyrazić całą gamę emocji: od czystego przerażenia, gdy goni go mechaniczny drapieżnik, po dziecięcą ciekawość przy badaniu ziemskich przedmiotów. Szkoda tylko, że wiele lokacji, jak powtarzalne korytarze fabryk czy monotonne kanały, nie dorównuje jakością pomysłowości głównego bohatera.
Irytować może trochę sama warstwa techniczna, bo gra ma bardzo duże wymagania sprzętowe i bardzo przeciętną optymalizację. Ograłem ją w całości w wersji na Nintendo Switch 2, gdzie działała jedynie w 30 FPS i to ze spadkami, a sam obraz był trochę za bardzo rozmazany. Sprawdziłem też edycję dostępną na PC, gdzie na mocnym sprzęcie wygląda i działa dużo lepiej, choć nadal czasem męczy efektami postprocessowymi, takimi jak wymuszona i mocno przesadzona głębia ostrości, szumy i przeciętne wygładzanie krawędzi nawet po włączeniu techniki DLAA.
Ostatecznie Darwin’s Paradox! to produkcja, w której drzemie potencjał, ale ostatecznie nie wybija się często ponad przeciętność. Większość zagadek środowiskowych opiera się na schemacie „przesuń skrzynię, naciśnij guzik”, co po kilku godzinach staje się nużące. Gra błyszczy najjaśniej wtedy, gdy pozwala nam być ośmiornicą i każe nam wykorzystywać anatomię bohatera w nietypowy sposób. Gdy jednak próbuje być „kolejną platformówką”, traci swój unikalny charakter. To solidna pozycja na dwa lub trzy wieczory, która zachwyci fanów Little Nightmares czy Inside, ale bez horrorowej atmosfery. To ciekawy eksperyment, który warto ograć na promocji.
7/10