Nie chodzi nawet o oprawę graficzną. Już pierwsze materiały pokazywały, że remake będzie wyglądał znakomicie. Największym zaskoczeniem okazało się coś zupełnie innego. Fundament gry z 2013 roku nadal jest niezwykle solidny, a sam projekt rozgrywki zestarzał się znacznie lepiej, niż przypuszczałem. Assassin's Creed: Black Flag Resynced nie próbuje tego zmieniać. Zamiast przebudowywać wszystko od podstaw, poprawia elementy, które przez lata najbardziej uwierały, dzięki czemu jedna z najlepszych odsłon serii stała się jeszcze przyjemniejsza w odbiorze.
Kampania zyskała lepsze tempo
Już pierwsze godziny pokazują, że Black Flag Resynced nie próbuje na siłę napisać tej historii od nowa. Motion capture, układ misji i zdecydowana większość wydarzeń fabularnych zostały przeniesione niemal jeden do jednego. Nie jest to remake, który wykorzystuje jedynie zarys fabuły i buduje na nim zupełnie nową grę. Ubisoft Singapore świadomie zachował konstrukcję oryginału, koncentrując się na modernizacji rozgrywki. W praktyce oznacza to dziesiątki usprawnień typu Quality of Life, które pojedynczo wydają się niewielkie, ale razem sprawiają, że do wersji z 2013 roku zwyczajnie nie chciałbym już wracać.
Zauważyłem to już podczas pierwszych sekwencji. Kampania w końcu przestała walczyć z graczem. Zniknęły irytujące cele dodatkowe wymagane do pełnej synchronizacji. Nie trzeba już powtarzać całego etapu tylko dlatego, że przeciwnik zginął w niewłaściwy sposób albo gra oczekiwała użycia konkretnego narzędzia. Znacznie lepiej wypadają też misje polegające na śledzeniu okrętów. Zamiast lawirować między sztucznie wyznaczonymi strefami i pilnować, żeby cel nie zniknął z pola widzenia, mogłem po prostu skupić się na samej misji.
Równie wyraźnie poprawiono zadania rozgrywające się na lądzie. Jeżeli uda się wyeliminować właściwego przeciwnika wcześniej, niż przewidział to scenariusz, często wystarczy przeszukać jego ciało i zdobyć potrzebne informacje. Gra nie kończy już misji komunikatem o desynchronizacji tylko dlatego, że wyszliśmy poza sztywno narzucony schemat. Dużo lepiej rozwiązano również eskorty. Powalonego sojusznika można podnieść i szybko ocucić, zamiast od razu oglądać ekran porażki i rozpoczynać zadanie od początku. Takich zmian jest znacznie więcej, ale wszystkie prowadzą do jednego celu. Kampania przestała karać za kreatywność i pozwala skupić się na samej przygodzie.
To podejście widać także poza głównym wątkiem. Przejścia między sekwencjami są płynniejsze i zastępują stare ekrany ładowania. Niektóre zadania można rozwiązać na kilka sposobów. Dobrym przykładem jest dzwon nurkowy, który da się zdobyć również poprzez kradzież z wrogiego obozu, a nie wyłącznie podczas wizyty u handlarza. Miasta i osady wzbogacono o drobne wydarzenia z udziałem mieszkańców, dzięki czemu świat sprawia lepsze wrażenie żywego. Z kolei Wielka Inagua przestała pełnić wyłącznie rolę efektownej bazy. Rozbudowa posiadłości odblokowuje kolejne ulepszenia Kawki, a inwestycje zaczynają przynosić regularny dochód. Nawet Flota Kenwaya została przebudowana tak, aby poszczególne klasy statków rzeczywiście różniły się zastosowaniem podczas wypraw. Żadna z tych zmian nie jest materiałem na widowiskowy zwiastun, ale po kilkunastu godzinach właśnie one robią największą różnicę.
Jedną z decyzji cenię jednak bardziej od wszystkich pozostałych. Mam na myśli niemal całkowite usunięcie współczesnego wątku. Już w oryginale nie przepadałem za przymusowym opuszczaniem Karaibów i spacerami po sterylnych biurach Abstergo. Za każdym razem wybijało mnie to z rytmu i niepotrzebnie spowalniało historię Edwarda Kenwaya. W Resynced ten problem praktycznie znika. Opowieść płynie znacznie naturalniej, a dopiero bez tych częstych przerw widać, jak dobrze skonstruowano scenariusz tej odsłony.
Edward Kenway kontra współczesny Ubisoft
Największym zaskoczeniem całego remake'u nie okazały się dla mnie nowe mechaniki ani odświeżona oprawa graficzna. Największe wrażenie zrobił Edward Kenway. Po kilku ostatnich odsłonach serii zdałem sobie sprawę, że zwyczajnie zapomniałem, jak dobrze Ubisoft potrafił kiedyś pisać bohaterów.
Historia Black Flaga jest prosta i nie próbuje na siłę zaskakiwać zwrotami akcji co kilkanaście minut. Większość z nich można przewidzieć z wyprzedzeniem. Mimo to przez ponad 30 godzin ani razu nie miałem ochoty pomijać dialogów. W dzisiejszych grach Ubi to wcale nie jest oczywiste.
Edward ma charyzmę, której trudno odmówić autentyczności. Wypada przekonująco zarówno podczas najważniejszych scen fabularnych, jak i zwykłych rozmów prowadzonych przy okazji pobocznych aktywności. Dzięki temu nawet epizodyczne postacie zostają w pamięci na dłużej. W wielu nowszych odsłonach serii główni bohaterowie nie potrafili wzbudzić podobnych emocji.
Dopiero teraz zauważyłem też, jak dobrze zestarzała się sama historia. Przez lata najbardziej pamiętałem Karaiby, morskie bitwy i piracki klimat. Po ponownym przejściu kampanii znacznie bardziej doceniłem rozwój Edwarda oraz tempo opowieści. To bohater, który popełnia błędy, kieruje się własnym interesem i przez długi czas ucieka od odpowiedzialności. Nie jest wzorem do naśladowania, ale właśnie dzięki temu jego przemiana wypada wiarygodnie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że współczesny Ubisoft miałby dziś problem z napisaniem równie naturalnej postaci.
Co ciekawe, najlepiej widać to właśnie w nowej zawartości przygotowanej specjalnie na potrzeby remake'u. Misje i dialogi przeniesione z oryginału nadal trzymają bardzo wysoki poziom. Zupełnie inaczej wypadają nowe zadania, przede wszystkim te związane z rekrutacją oficerów. Różnicę czuć niemal od razu. Dialogi są bardziej zachowawcze i wyraźnie mniej naturalne niż materiał napisany kilkanaście lat temu.
Podobne odczucia miałem podczas oglądania nowych przerywników filmowych. Są poprawnie zrealizowane, ale trudno nie zauważyć, że reżyseria wypada słabiej od scen odtworzonych z oryginału. W części nowych sekwencji prostsze są także animacje twarzy, przez co emocje nie wybrzmiewają już tak dobrze.
Różnice słychać też w głosie samego Edwarda. Aktor wykonał solidną pracę i nie mam wątpliwości, że podszedł do tej roli z dużym zaangażowaniem, jednak wypada wyraźnie gorzej niż w starych dialogach - tutaj wieku nie udało mu się oszukać.
Paradoks polega na tym, że remake najskuteczniej pokazuje siłę materiału sprzed trzynastu lat właśnie wtedy, gdy próbuje dopisać coś od siebie. Oryginalna historia nadal broni się znakomicie, natomiast nowa zawartość tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, jak wysoki poziom reprezentowało dawne Ubisoft Montreal. W tym aspekcie Assassin's Creed: Black Flag Resynced jest jednocześnie świetnym remakiem i przypomnieniem, że najlepsze scenariusze tej serii powstały wiele lat temu.
Ewolucja pod osłoną cienia
Największe zmiany w Black Flag Resynced widać jednak poza dialogami i scenami fabularnymi. To podczas zwykłej eksploracji najłatwiej zauważyć, ile pracy włożono w odświeżenie rozgrywki. Po kilku godzinach korzystałem z nowych rozwiązań całkowicie odruchowo, mimo że przed premierą wiele z nich wydawało się jedynie drobnymi usprawnieniami.
Najlepiej widać to podczas poruszania się po świecie. Edward wspina się znacznie pewniej i rzadziej wykonuje ruchy, których wcale nie planowaliśmy. Parkour jest bardziej responsywny, płynniejszy i przede wszystkim przewidywalny. Zeskakiwanie z krawędzi nie powoduje już frustracji, łatwiej korygować kierunek biegu na dachach, a przechodzenie między elementami otoczenia odbywa się bez ciągłej walki ze sterowaniem.
Wreszcie pojawiło się również pełnoprawne kucanie, którego brak był jedną z największych bolączek tej odsłony (podobnie jak jeszcze starszych części). Wysoka roślinność pełni teraz wiadomą funkcję, dzięki czemu skradanie daje znacznie więcej możliwości niż chowanie się w jednym wyznaczonym krzaku i czekanie na odpowiedni moment.
Zmiany w systemie stealth czuć od pierwszych misji. Strażnicy reagują naturalniej na hałas, dostrzeżone zwłoki czy podejrzane zachowanie. Co ważne, wykrycie nie oznacza już automatycznej porażki. W wielu sytuacjach nadal można uratować całą akcję dobrze zaplanowaną ucieczką albo zmianą pozycji. Przeciwnicy skuteczniej przeszukują teren, współpracują ze sobą i próbują oskrzydlać Edwarda, zamiast pojedynczo podbiegać pod ostrze.
Jednocześnie gra daje nam więcej narzędzi do cichej eliminacji. Linkę z ukrytym ostrzem odblokowujemy znacznie wcześniej, dlatego już w pierwszych godzinach można podejść do infiltracji fortów na kilka różnych sposobów. Bardzo cieszy mnie także możliwość przenoszenia i ukrywania ciał. To funkcja, której brakowało w oryginale i która znacząco ogranicza ryzyko przypadkowego wykrycia. W efekcie skradanie przestało być dodatkiem do walki wręcz. Teraz bez problemu można oprzeć na nim cały styl rozgrywki. Sam znacznie częściej wybierałem cichą infiltrację niż podczas przechodzenia Black Flaga przed laty.
Ciężar starć i niechciane cięcia
Nie oznacza to jednak, że otwarta walka zeszła na dalszy plan. Wręcz przeciwnie. Już pierwsze starcia pokazały mi, że również tutaj twórcy wykonali kawał dobrej roboty.
Podstawy systemu walki pozostały bez zmian. Nadal opiera się on na kontrach, unikach i efektownych egzekucjach. Tym razem pojawiło się jednak więcej elementów, które wymagają aktywnego podejścia do pojedynków. Przeciwnicy posiadają pasek postawy, dlatego nie wystarczy już cierpliwie czekać na możliwość wykonania kontry. Często trzeba najpierw przełamać obronę silniejszego przeciwnika serią ciosów, kopnięciem lub podcięciem nóg. Dopiero wtedy otwiera się okazja do wykonania efektownego wykończenia.
Jeszcze lepiej wypadają same animacje. Ciosy w końcu mają odpowiednią siłę, a egzekucje są krótsze i nie wybijają z tempa starcia. Powracające eliminacje łańcuchowe pozwalają szybko rozprawić się z grupą zwykłych przeciwników, ale nie czynią z Edwarda maszyny nie do zatrzymania. Elitarni żołnierze potrafią przerwać serię i zmusić do zmiany taktyki, dzięki czemu walka pozostaje dynamiczna nawet w późniejszych etapach gry.
Nie wszystkie decyzje przypadły mi jednak do gustu. Twórcy zrezygnowali z części arsenału dostępnego w oryginale. Muszkietów nie można już podnosić z pola walki, przez co zniknęła jedna z ciekawszych opcji wykorzystywania otoczenia podczas starć. Być może miało to poprawić balans, zwłaszcza że pistolety przeładowują się teraz nieco szybciej i dobrze uzupełniają walkę wręcz. Mimo to ograniczenie liczby dostępnych rodzajów broni uważam za krok wstecz.
Mimo wszystkich usprawnień trudno powiedzieć, że system walki został zbudowany od podstaw. Nadal zdarzają się sytuacje, w których grupa przeciwników cierpliwie ustawia się wokół Edwarda i czeka na swoją kolej do ataku. To jedna z tych mechanik, która od razu przypomina, że fundament gry powstał trzynaście lat temu. Remake skutecznie wygładza wiele elementów, ale nie jest w stanie całkowicie ukryć wieku oryginalnego projektu. Całość staje się też szybko schematyczna, a banalne parowanie ataków to najlepsza taktyka prowadząca do zwycięstwa.
Karaiby jeszcze nigdy nie wyglądały tak dobrze
Najbardziej widowiskową zmianą pozostaje oczywiście oprawa graficzna. Już pierwsze materiały promocyjne sugerowały, że Black Flag Resynced będzie jedną z najlepiej wyglądających odsłon serii. Po kilkudziesięciu godzinach mogę powiedzieć, że nie były to przesadzone obietnice.
Remake wykorzystuje możliwości silnika Anvil w znacznie większym stopniu niż oryginał. Oświetlenie globalne, odbicia, gęstsza roślinność i znacznie bardziej szczegółowe modele postaci sprawiają, że Karaiby wyglądają niezwykle przekonująco. Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak drobne elementy. Mokre pokłady odbijające promienie słońca, fale rozbijające się o burty statków czy mgła unosząca się nad wyspami o świcie budują klimat, którego w 2013 roku zwyczajnie nie dało się osiągnąć.
Ogromną poprawę widać również w miastach. Hawana, Kingston czy Nassau są znacznie bardziej zatłoczone, a mieszkańcy wykonują więcej codziennych czynności. Dzięki temu świat wydaje się żyć własnym życiem, a nie jedynie czekać na pojawienie się głównego bohatera. To nie są zmiany, które wpływają na mechanikę rozgrywki, ale skutecznie wzmacniają poczucie przebywania w pirackim świecie.
Bardzo dobrze wypada także pogoda. Burze potrafią całkowicie zmienić charakter morskiej podróży. Silny wiatr ogranicza widoczność, wysokie fale utrudniają manewrowanie, a błyskawice rozświetlające niebo podczas nocnych bitew należą do najbardziej efektownych momentów całej gry. Nawet po kilkudziesięciu godzinach zdarzało mi się na chwilę przestać płynąć tylko po to, aby obejrzeć zmieniające się warunki atmosferyczne.
Równie pozytywnie zaskoczyły mnie animacje twarzy w scenach przeniesionych z oryginału. Mimika postaci jest bogatsza, a emocje wyraźniej widoczne podczas rozmów. Dzięki temu nawet dobrze znane sceny zyskały nową jakość. Szkoda jedynie, że nie wszystkie nowe przerywniki utrzymują ten sam poziom, o czym wspominałem wcześniej.
Na pochwałę zasługuje również ścieżka dźwiękowa. Oryginalne utwory zachowano niemal w całości, jednocześnie poprawiając jakość nagrań i przestrzenność dźwięku. Szczególnie dobrze wypadają pieśni śpiewane przez załogę podczas rejsów. Nadal potrafią stworzyć wyjątkową atmosferę, a dzięki nowemu miksowi brzmią pełniej niż przed laty.
Wzorowa optymalizacja
Jeszcze przed premierą zastanawiałem się, czy tak duży skok jakości graficznej nie odbije się na wydajności. Na szczęście moje obawy okazały się niepotrzebne.
Na testowym komputerze z AMD Ryzen 7 9800X3D oraz GeForce RTX 5080 gra przez zdecydowaną większość czasu utrzymywała bardzo wysoką płynność. Nawet w największym mieście czy podczas intensywnych bitew morskich liczba klatek pozostawała stabilna i sięgała ok. 120FPS na pełnych detalach z maksymalnym RT w 4K z DLSS w trybie jakości oraz włączony generatorem klatek x2. W trakcie całej kampanii nie natrafiłem również na poważniejsze błędy techniczne, które mogłyby zepsuć zabawę.
Nie oznacza to jednak, że wszystko działa idealnie. Kilka razy zdarzyło mi się zobaczyć przeciwników przenikających przez elementy otoczenia lub chwilowo gubiących ścieżkę podczas pościgów. Sporadycznie pojawiały się również drobne problemy z kamerą w ciasnych wnętrzach oraz pojedyncze błędy animacji. Są to jednak sytuacje rzadkie i w żadnym momencie nie wpłynęły na komfort rozgrywki.
Warto pochwalić także bogaty zestaw ustawień graficznych. Gra pozwala szczegółowo dostosować jakość obrazu do możliwości komputera, a implementacja NVIDIA DLSS 4, AMD FSR oraz Intel XeSS działa bardzo dobrze. Dzięki temu również posiadacze słabszych konfiguracji powinni bez większych problemów znaleźć kompromis między jakością obrazu a wydajnością. Nawet Steam Deck nie ma problemów z osiągnięciem 30 FPS na podstawowych ustawieniach, gdzie nadal wygląda bardzo ładnie.
Nie zabrakło również pełnego wsparcia dla ultrapanoramicznych monitorów, wysokich częstotliwości odświeżania oraz szerokiego zestawu opcji dostępności. To dziś standard, ale warto odnotować, że wszystkie te funkcje zostały przygotowane solidnie i nie sprawiają wrażenia dodanych na ostatnią chwilę.
Czy Assassin's Creed: Black Flag Resynced to najlepsza gra Ubisoftu od lat?
Po ponad trzydziestu godzinach spędzonych z grą odpowiedź jest dla mnie zaskakująco prosta. Tak.
Assassin's Creed: Black Flag Resynced nie próbuje poprawiać wszystkiego na siłę ani udowadniać, że oryginał wymagał całkowitej przebudowy. Fundament pozostał niemal nienaruszony, a większość zmian skupia się na usunięciu rozwiązań, które przez lata zwyczajnie się zestarzały. Dzięki temu remake zachowuje charakter jednej z najlepszych odsłon serii, jednocześnie eliminując wiele frustracji obecnych w wydaniu z 2013 roku.
Nie wszystkie nowe elementy dorównują materiałowi przygotowanemu przed laty. Część dodatkowych dialogów, nowych scen czy ograniczeń w systemie walki wypada słabiej od oryginału. Nie zmienia to jednak ogólnego obrazu. Przez zdecydowaną większość czasu miałem wrażenie, że gram dokładnie w tę wersję Black Flaga, którą zapamiętałem. Różnica polega na tym, że dziś gra się w niego płynniej, wygląda zdecydowanie lepiej i nie irytuje rozwiązaniami, które kiedyś uznawaliśmy za normalne.
Ten remake przypomniał mi również coś jeszcze. Zanim seria zaczęła nieustannie rosnąć, wydłużać kampanie i zasypywać mapy kolejnymi znacznikami, potrafiła opowiadać kameralniejsze historie z bohaterami, których naprawdę chciało się śledzić. Powrót do przygód Edwarda Kenwaya tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że właśnie w tym kierunku marka osiągnęła swój najwyższy poziom.
Assassin's Creed: Black Flag Resynced nie jest wyłącznie udanym remakiem. To także przypomnienie, dlaczego ta odsłona do dziś pozostaje jedną z najmocniejszych części całej serii i dlaczego, mimo upływu lat, nadal potrafi dostarczyć tyle samo satysfakcji.
- Ulepszona rozgrywka bez utraty charakteru oryginału.
- Świetna historia i charyzmatyczny Edward Kenway.
- Rozbudowane skradanie i płynniejszy parkour.
- Znakomita oprawa graficzna.
- Bardzo dobra optymalizacja.
- Mniej irytujących mechanik niż w oryginale.
- Nowa zawartość odstaje od oryginału.
- Uproszczony arsenał podczas walki.
- AI przeciwników momentami pokazuje wiek gry.
- Drobne błędy techniczne.
- Banalne walki oparte na prostej kontrze.