Toy Trains – Recenzja gry – ciuchcie w VR! [Meta Quest, PSVR2, SteamVR]

O łódzkim Something Random usłyszałem jakoś pod koniec 2022 roku, jeszcze zanim opisywany dziś tytuł dostał w ogóle swoją nazwę. Wbrew nazwie, grupa nie jest przypadkowa i podejrzewam, że jeszcze kilka gier minie zanim ten dopisek się odklei – są to ludzie, którzy tworzyli jeden z największych, jeśli nie największy polski hit VR. Mowa o grze Superhot. Toy Trains to ich debiutanckie dzieło. VRowe Ciuchcie startują dziś, 16 stycznia 2024 roku na wszystkich liczących się platformach wirtualnej rzeczywistości, czyli Questach 2 i 3, PSVR2 i SteamVR. Ja grałem na Queście 2. Gotowi do odjazdu?

Pudełko na strychu

Grę zaczynamy od pociągnięcia za sznurkowy włącznik strychowej lampy w domu naszych dziadków, u których zostawili nas rodzice. Naszym oczom ukazuje się wtedy zawalony klamotami stół i na pierwszym planie pudełko z miniaturową kolejką, z którego słychać jakieś dziwne dźwięki. Okazuje się, że poza wiadomą zawartością, ze środka wita nas malutki ludek, przedstawiciel tubylców kolejowych zwanych Railies. I to od niego dowiadujemy się, że dziadków też nie ma a my jesteśmy proszeni o pomoc w ich dziwnym języku. W grze mamy tekst w naszym języku, więc jesteśmy w stanie ich zrozumieć. No więc długo się nie namyślając, pociągamy za sznurek i zaczynamy zabawę

Zawsze coś

A wygląda na to, że nasze Railiesy naprawdę potrzebują pomocy. Każdy z dziesięciu rozdziałów jest osobną dioramą z głównym punktem, który jest placem budowy. I naszym zadaniem jest takie położenie torów, by połączyć z nim ważne punkty na mapie. Mogą to być po prostu domy, by zniwelować wykluczenie komunikacyjne, ale też zakłady pracy jak tartaki, kopalnie czy kamieniołomy. Na pierwszy ogień jako samouczek idzie ratusz. I tu miałem mały zgrzyt, bo nie domyśliłem się sam, że koniecznie musi być zamknięta pętla. Pokazało mi się to dopiero gdy położyłem lokomotywę. Moim zdaniem mogłoby przed, mimo wszystko to samouczek i wolałbym, żeby nie było pola do interpretacji, tylko wszystko podane na tacy. 

Każda z 10 dioram i placów budowy jest podzielona na trzy etapy. Za każdym razem jak skomunikujemy widoczne obiekty i odblokujemy nowy etap budowy dodawane są nowe punkty do “zakolejkowania”. I uwierzcie mi, nie raz, nie dwa musiałem co najmniej przebudowywać moje schematy, a nierzadko niektóre pętle zaczynać od nowa. Tu warto dodać, że Toy Trains nie oczekuje od nas wpasowania się w pewien schemat. Ograniczają nas tylko dostępne elementy, ukształtowanie terenu i nasza wyobraźnia. 

Nie wszystko na raz

Tory i później inne elementy naszych węzłów kolejowych wybieramy ze specjalnego katalogu, książeczki stylizowanej na starą już instrukcję z komentarzami. Pożądany element po prostu wyciągamy i kładziemy gdzie chcemy. Możemy ile chcemy, bo nie ma limitu, a jak coś nam się źle weźmie to wyrzucamy w siną dal albo do pojemnika pod stołem. Na początku wybór jest skromny, ale z każdym kolejnym etapem dochodzą nam kolejne. I tak poza zakrętami dostajemy później mosty, tunele, czy filary, na których potem możemy położyć tory. Twórcy chyba trochę wzorowali się zestawami torów z Ikei, bo jak cała reszta jest w różnych skalach, tak zakręt tylko duży, a nieraz by się ten mały przydał. Wprowadzenie każdego nowego elementu poprzedzone jest mini dioramą pokazującą przykład użycia – duży plusik za to. Każda kolejna diorama ma bardziej wymagające rozstawienie obiektów i ukształtowanie terenu, ale zawsze dostajemy coś, co akurat wtedy bardzo się przydaje. Przez to odniosłem wrażenie, że poziom trudności poza ostatnim etapem był cały czas na tym samym szczeblu. 

Gra, buczy, ale też trochę uwiera

Przez te około 4 godziny, które spędziłem z Toy Trains, nie miałem ani momentu zniechęcenia. Oprawa jest taką ciepłą kreskówką, w tle brzdąkają nam instrumenty, wszystko odpowiednio stonowane i nie przeszkadzające w główkowaniu. Ja miałem taki minecraftowy vibe, choć i grafika i muzyka jest trochę inna. Ale parę rzeczy mnie uwierało, jak te małe kamyczki w bucie. Na przykład niemożność spojrzenia na stół z innego boku, nawet przez teleportację. Czasem ułatwiłoby to planowanie czy ułożenie elementu. Często też jak kładłem lokomotywę to wagoniki nie chciały się dokleić, ale jak się podniosło tę pierwszą to magicznie się łączyły. No i trochę z immersji wybijało przenikanie się obiektów przez ręce czy inne. Jak wspomniałem, nie zniechęciło mnie to, ale wpływ na ocenę będzie musiało mieć. 

Jest dobrze, ale jest też potencjał

Jakby grę robili absolutni debiutanci to klaskałbym uszami. Nie ukrywam też, że na grę bardzo, ale to bardzo czekałem, po prostu lubię ciuchcie. Toy Trains to moim zdaniem bardzo dobra gra i świetnie się przy niej bawiłem, czekając tylko na wolną chwilę, by choć ten jeden etap przejść. Jest to jedno z tych ciepłych i relaksujących doświadczeń, które ja tak lubię. Na dziś jednak jest to gra na raz. Ja tu widzę potencjał na kilka trybów, które zwiększyłyby żywotność, jak np. co-op, tryb z ograniczoną liczbą elementów (lub na czas) czy losowe dioramy. Ale to moje pobożne życzenia.

Ja z całego serca polecam i ze swojej strony życzę Randomom, żeby gra jak najszybciej dostała się na główny sklep Mety

Toy Trains: to ciepłe i relaksujące doświadczenie fali nostalgii układania kolejek. Trzeba przy niej też trochę pogłówkować oraz puścić wodze wyobraźni. Mateusz „Kaduk” Kadukowski

8
von 10
2024-01-16T19:58:23+0100
Mateusz
Mateusz "Kaduk" Kadukowski
Artykuły: 2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *